To był bez wątpienia najlepszy rok w życiu Joanny Oleksiuk. W lipcu wyszła za mąż, zaś kilka tygodni później spełniła kolejne ze swoich marzeń i podczas historycznych dla Polski mistrzostw Europy sięgnęła po srebrny medal. Specjalizująca się w konkurencjach technicznych 26-latka tajniki pchnięcia kulą, rzutu dyskiem czy oszczepem na co dzień zgłębia pod kierunkiem multimedalistki paraolimpijskiej Renaty Chilewskiej, która w Starcie Szczecin stworzyła perfekcyjne warunki do treningu. Wicemistrzostwo przywiezione z Berlina to wspólny sukces tego duetu pozwalający wierzyć, że wielki sportowy świat stoi teraz przed naszą lekkoatletką otworem.

Paulina Królak: Mija właśnie 18 lat, odkąd rozpoczęłaś swoją przygodę ze sportem. Lepszego prezentu na tę rocznicę nie mogłaś sobie chyba wymarzyć.

Joanna Oleksiuk: Zdecydowanie tak i właśnie dlatego radość po zdobyciu tego medalu była przeogromna. Mistrzostwa w Berlinie pokazały siłę polskiej reprezentacji jako całość. To było cudownych siedem dni, których nie zapomnę do końca życia. Wiedzieliśmy, że jesteśmy dobrze przygotowani do zawodów, ale liczba 61 krążków i pierwsze miejsce w końcowej klasyfikacji przerosły chyba nasze najśmielsze oczekiwania. Cieszę się niezmiernie, że ja również miałam w tym sukcesie swój udział. Lekkoatletykę trenuję trzeci rok, natomiast dopiero od kilku miesięcy mam zaszczyt oficjalnie reprezentować nasz kraj z orzełkiem. Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że dla tych kilku minut spędzonych na podium warto było tak długo czekać!

P.K.: Wicemistrzostwo Europy w pchnięciu kulą to jak dotąd Twój największy sukces w zawodach międzynarodowej rangi. Jak ono smakuje?

J.O.: Wybornie! Ten krążek to taka wisienka na torcie w trwającej już niemal dwie dekady sportowej karierze dająca poczucie, że wszystkie dotychczas solidnie przepracowane sezony nie poszły na marne.

P.K.: Lekkoatletyka jest trzecią w kolejności dyscypliną, której tajniki zdecydowałaś się zgłębiać. Wcześniej przewinęłaś się przez pływanie i wioślarstwo. Tęsknisz czasem za wodą?

J.O.: To już zamknięty rozdział w moim życiu. Z pływaniem miałam styczność od dziecka, jednak początkowo traktowałam je bardziej jako formę rehabilitacji niż sport. Dopiero medale mistrzostw Polski zmieniły moje podejście do tego tematu. W wieku 14-15 lat za namową Jolanty Majki-Pawlak (multimedalistka MŚ i ME, trzykrotna paraolimpijka – przyp. red.) spróbowałam swoich sił w wioślarstwie. Otrzymałam nawet powołanie do kadry Polski, jednak obyło się w niej bez większych sukcesów. Kiedy stan mojego zdrowia pogorszył się do tego stopnia, że szpitalne sale stały się moim drugim domem, pojawiły się chwile zwątpienia, co dalej ze sportem. Los w tamtym momencie postawił na mojej drodze Renatę Chilewską, która podjęła się trudnego zadania przekwalifikowania mnie na lekkoatletkę. Nie wyobrażałam sobie swojego życia bez sportowej rywalizacji, dlatego bez zawahania przystałam na jej propozycję.

P.K.: Nie paraliżowała Cię na początku wizja trenowania z tak utytułowaną w przeszłości zawodniczką? Renata Chilewska to m.in. czterokrotna paraolimpijka i sześciokrotna medalistka tychże igrzysk.

J.O.: W żadnym wypadku mnie to nie przerażało. Poczułam się nawet wyróżniona, że mogę trenować pod jej skrzydłami. Świadomość tego, że przez poszczególne szczeble kariery będzie mnie prowadziła tak doświadczona i utytułowana zawodniczka, podziałała na mnie mobilizująco, dodała jeszcze więcej energii. Wiedziałam, że jest to właściwa osoba na właściwym miejscu, doskonale odnajdująca się w środowisku, w jakim przebywa na co dzień.

Duet na srebrny medal mistrzostw Europy! Na zdjęciu z trenerką Renatą Chilewską

P.K.: Jak układa się Wasza współpraca? Nie ma pomiędzy Wami zgrzytów?

J.O.: Jestem bardzo zadowolona z naszej współpracy, ponieważ oprócz takiej relacji stricte trenerskiej mamy równie bardzo dobre relacje prywatne. Tak dopasowałyśmy się charakterologicznie, że dogadujemy się niemal bez słów. Pani Renata jest osobą, która bardzo liczy się ze zdaniem zawodników i dokłada wszelkich starań, aby niczego im nie brakowało. To w konsekwencji rzutuje pozytywnie na osiągane później wyniki.

P.K.: Nie zmienia to jednak faktu, że decydując się na wejście do świata „królowej sportu” zmuszona byłaś nauczyć się wszystkiego od podstaw.

J.O.: I to właśnie w tym wszystkim było takie fascynujące. Nie bałam się ciężkiej pracy. Przez pierwsze tygodnie odczuwałam nawet niedosyt, wciąż było mi mało ćwiczeń. Miałam trudności z przestawieniem się na totalnie odmienny rodzaj treningu. Wioślarstwo to sport wydolnościowy opierający się głównie na sile i wytrzymałości organizmu. Pchnięcie kulą natomiast rządzi się innymi prawami. Przede wszystkim nie jest to konkurencja tak absorbująca jak wiosłowanie na ergometrze czy  na wodzie. W kuli nie można pozwolić sobie na choćby najmniejszy błąd, samo pchnięcie trwa bowiem maksymalnie sekundę. O końcowym wyniku decydują niuanse techniczne, dlatego tak ważne jest, by w tym krótkim odstępie czasu poskładać wszystkie elementy w jedną spójną całość. Na efekty tej rewolucji nie trzeba było długo czekać, bo już z pierwszych mistrzostw Polski przywiozłam brązowy medal. Utwierdziło mnie to tylko w przekonaniu, że podjęta przeze mnie decyzja była słuszna.

P.K.: Skupmy się na tegorocznym sezonie startowym będącym bez wątpienia najlepszym w Twojej karierze. Jak go oceniasz?

J.O.: Był to najszczęśliwszy i najbardziej intensywny rok w moim życiu. W dniu swoich 26. urodzin wyszłam za mąż. Jeszcze na dobre nie oswoiłam się z tą myślą, a już kilka tygodni później z lekkoatletycznych mistrzostw Europy przywiozłam srebro. Wierzę, że jest to wielki krok, by jak najdłużej zadomowić się w światowej czołówce.

P.K.: Srebrny medal w swojej koronnej konkurencji zapewniłaś sobie odległością 5,59 m. Czy jesteś w pełni usatysfakcjonowana tym wynikiem?

J.O.: Pozostaje lekki niedosyt, ponieważ na mistrzostwach Polski w Bydgoszczy kula poleciała 21 centymetrów dalej. W Berlinie debiutancka trema zrobiła jednak swoje. Nie obyło się też bez pewnych kontrowersji podczas samego konkursu, w trakcie którego sędzia zakwestionował tyczkę przymocowaną do mojego siedziska. Nie ukrywam, że wybiło mnie to mocno z rytmu, gdyż w normalnych okolicznościach pcham kulę z wysokości barku. Sędziowski nakaz chwycenia tej tyczki niżej automatycznie wpłynął na mniejszy zasięg ramion, a to z kolei sprawiło, że nie byłam w stanie poprawić już tego dnia osiągniętego w pierwszej serii wyniku. Podczas kolejnych zawodów sędziowie nie powinni mieć już zastrzeżeń do mojej techniki, ponieważ siedzisko, z którego wykonuję próby, zostało odnowione.

P.K.: Nad jakimi elementami powinnaś teraz się skupić, by do uzyskanej w Bydgoszczy życiówki dołożyć jeszcze trochę centymetrów?

J.O.: Wyniki zdecydowanie muszą ulec poprawie, jeśli chcę myśleć o przyszłorocznych mistrzostwach świata w Dubaju, a w dalszej perspektywie o igrzyskach paraolimpijskich w Tokio. Kluczem do sukcesu będzie zatem zrobienie większej siły oraz solidna praca nad techniką. Na tych elementach zamierzamy skupić się zimą. Na wiosnę natomiast planujemy zejść z obciążeń i całą swoją uwagę ukierunkować na dynamikę. Cieszę się, że wraz z trenerką udało się wynegocjować wykonanie dla mnie specjalnej platformy. Dotychczas w sezonie halowym pchnięcia oddawałam z ławeczki, co uniemożliwiało realizację poszczególnych zadań podczas treningu na sto procent. Od teraz wszystkie treningi odbywają się już z platformy, a każde pchnięcie stanowi odzwierciedlenie tego, co można oglądać podczas zawodów.

Podczas zgrupowań spotkać można taaakie gwiazdy ze świata sportu! Tu z Adamem Małyszem

P.K.: Twój cel na przyszły sezon to…

J.O.: Złamanie granicy 6,5 m, a w perspektywie dalszych startów (bliżej igrzysk paraolimpijskich) chciałabym przesunąć tę granicę do 7 metrów. Realizacja tych planów uzależniona będzie jednak od stanu mojego zdrowia (Joanna od urodzenia zmaga się z porażeniem spastycznym czterokończynowym z niedowładem dolnych kończyn – przyp. red.). W chwili, gdy pojawia się napięcie spastyczne, jestem wykluczona z normalnego rytmu treningowego. Jedyne, co mi wówczas pozostaje, to zacisnąć mocno zęby i cierpliwie to przeczekać. Jestem w pełni świadoma swoich fizycznych ograniczeń. Wiele rywalek z mojej grupy F33 wykonuje próby bez wspomnianej tyczki, co stwarza im możliwość oddania rzutu lub pchnięcia z pełniejszego, bardziej dynamicznego zejścia w dół lub w bok. Ja niestety bez tej tyczki w momencie wychylenia się poza pion podczas oddawania pchnięcia czy rzutu nie jestem w stanie wrócić do stabilnej pozycji i wykonać poprawnie danego ruchu. Dlatego, tak jak podkreślałam wcześniej, by uzyskana odległość była lepsza, wszystkie elementy techniczne muszą być połączone idealnie w jedną całość.

P.K.: Podczas czerwcowych mistrzostw Polski z wynikiem 12,76 m po raz pierwszy w karierze zapisałaś się na liście rekordzistek świata w rzucie dyskiem. Co wówczas czułaś?

J.O.: Zaskoczenie i wielkie szczęście, to były emocje towarzyszące mnie oraz trenerce po wykonaniu przeze mnie rekordowego rzutu. Rezultat ten bez wątpienia dodał mi wiatru w żagle. Jestem zakochana w rzucie dyskiem, jednak z powodu braku tej konkurencji w oficjalnym programie najwyższych rangą zawodów, traktuję go jako urozmaicenie codziennego treningu, co sprawia mi to wielką frajdę.

P.K.: Przyszłoroczne mistrzostwa świata w Dubaju mogą znacząco skrócić bądź wydłużyć drogę do Tokio. Mistrzostwa te, podobnie jak trzy lata wcześniej w Dausze, odbywać się będą późną jesienią (w listopadzie). Jak należy się do nich przygotować, by forma przyszła w odpowiednim momencie?

J.O.: W związku z organizacją mistrzostw w tak późnym terminie konieczne będzie przygotowanie dwóch szczytów formy. Pierwszy szczyt należy zbudować już na mistrzostwa Polski, podczas których pokuszę się o jak najlepsze wyniki i utrzymanie medali wywalczonych w tym sezonie. Po zawodach tych z pewnością przyjdzie czas na chwilę odpoczynku i dogłębną analizę zakończonych już startów, a następnie dołożymy wszelkich starań, by najwyższa forma pojawiła się właśnie w Dubaju.

P.K.: Progres, jaki poczyniłaś w tym sezonie, pozwala realnie myśleć o igrzyskach w Japonii.

J.O.: Na razie staram się jednak o nich nie myśleć, by niepotrzebnie nie wywierać na sobie dodatkowej presji. W tym momencie priorytetem są mistrzostwa w Dubaju i jeśli tam wszystko pójdzie po mojej myśli, to marzenie przyświecające mi od najmłodszych lat – czyli olimpijska przepustka – będzie na wyciągnięcie ręki.

P.K.: Mąż podziela Twoje sportowe pasje?

J.O.: Tak szczęśliwie się złożyło, że oboje nie wyobrażamy sobie swojego życia bez sportu. Przemek od samego początku miał pełną świadomość, czym na co dzień się zajmuję i z jakimi wiąże się to wyrzeczeniami. Bardzo aktywnie angażuje się w przygotowania do zawodów, jest moim menedżerem. Jego pomoc jest nieoceniona: dba o mój wizerunek w mediach społecznościowych, na bieżąco kontroluje też kalendarz startów i wszelkie zmiany w rankingu światowym. Wraz z trenerką mogłyśmy liczyć również na jego wsparcie w ostatnim etapie przygotowań do mistrzostw w Berlinie, kiedy to wziął na swoje barki większość naszych codziennych obowiązków (rozkładał siedzisko, przynosił kule i oszczepy), dzięki czemu mogłam skoncentrować się wyłącznie na treningu.

Na co dzień z Przemkiem staramy się bardzo aktywnie spędzać wolny czas. Kiedy zaczęłam częściej przebywać w szpitalach niż w domu, przez co sport wyczynowy poszedł chwilowo w odstawkę, mąż pewnego dnia zaproponował wyjście na wspólne bieganie. Początkowo byłam sceptycznie nastawiona do tego pomysłu, lecz głód sportowej rywalizacji okazał się silniejszy. Dzięki temu dziś możemy pochwalić się coraz większą kolekcją medali za starty w biegach ulicznych.

P.K.: Opowiedz proszę, na jakich zasadach odbywają się Wasze biegi.

J.O.: Opracowaliśmy specjalny system 500×500 polegający na tym, że pierwsze 500 metrów „biegnę” sama, zaś mąż wtedy biegnie obok, cały czas mając na mnie oko. Następną „pięćsetkę” pokonujemy już wspólnie. Przemek pcha znajdujący się przed sobą wózek, a ja w tym czasie pozwalam sobie na chwilę wytchnienia i rozluźnienia napiętych od wysiłku mięśni, żeby być w pełni gotową na kolejny mój odcinek. Zwykle wraz z innymi biegaczami staramy się rywalizować na trasach nieprzekraczających 10 kilometrów, a ostatnim naszym wspólnym startem była listopadowa „Mila Goleniowska”.

„Mila Goleniowska” zakończona sukcesem!

P.K.: Cieszy  fakt, że w Polsce organizowanych jest coraz więcej takich imprez, w których sprawdzić mogą się zarówno osoby pełno- jak i z niepełnosprawnością. Czy mając na uwadze wydarzenia z ostatnich tygodni dostrzegasz większe zainteresowanie sportem paraolimpijskim ze strony mediów?

J.O.: Kiedy nie było mnie jeszcze w kadrze lekkoatletycznej i z nutką zazdrości przyglądałam się z boku trenującym kolegom, na próżno było szukać w mediach obszernych informacji na temat sportu niepełnosprawnych. W ostatnim czasie nastąpiły zmiany na lepsze, jednak wciąż nie rozwija się to w takim tempie, jakbyśmy sobie tego życzyli. Marzy mi się, by nastał kiedyś taki dzień i któraś z polskich stacji telewizyjnych zdecydowała się na pokazanie naszych mistrzostw od A do Z. Jestem święcie przekonana, że zainteresowanie ze strony kibiców byłoby wówczas ogromne.

P.K.: Twoje tegoroczne sukcesy to wspólna praca wielu osób. Komu zatem należą się szczególne podziękowania?

J.O.: Największe podziękowania kieruję do mojej trenerki Renaty Chilewskiej oraz mojego męża Przemka. To właśnie oni czuwają na co dzień nad tym, by wszystko było dopięte na ostatni guzik. Kolejne podziękowania należą się moim bliskim, w szczególności siostrze Dorocie, która w chwilach słabości zmobilizuje mnie i poskłada w całość. W jej osobie od początku kariery mam ogromne wsparcie. Obie z Dorotą głęboko wierzymy, że wkrótce osiągnę przyświecający mi od dziecka cel, jakim są igrzyska. Dziękuję również klubowi Start Szczecin za wsparcie oraz możliwość rozwijania się przez 18 lat mojej kariery. Lista ludzi, którzy wspierają mnie każdego dnia, jest długa i nie sposób wymienić Was wszystkich z imienia i nazwiska. Każdemu z Was z osobna dziękuję za nawet najmniejszą formę pomocy. Jestem przekonana, że bez Waszej obecności nie byłabym w tym miejscu, w którym dziś się znajduję. By móc prezentować jak najwyższy poziom sportowy, wciąż potrzebuję zaangażowania z Waszej strony. Przy okazji też żywię wielką nadzieję, że grono to z czasem będzie się powiększać.

Osoby zainteresowane śledzeniem sportowych poczynań Joanny Oleksiuk zapraszamy na jej oficjalny fanpage na Facebooku, gdzie na bieżąco można śledzić przygotowania do kolejnych zawodów.

————

Fot.: Prywatne archiwum Joanny Oleksiuk.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here