Ubiegły rok okazał się jak dotąd najlepszym w jej sportowej karierze. Złoty i srebrny medal mistrzostw Europy oraz udany debiut podczas igrzysk paraolimpijskich w Rio de Janeiro utwierdziły ją w przekonaniu, że ciężka praca, jaką wykonuje na treningach, ma sens. Konkurencje, w których na co dzień startuje, opierają się na stuprocentowym zaufaniu. Zaufaniu do człowieka, który podczas biegu jest jej oczami, ponieważ Asia nie widzi toru ani swoich rywalek. Nie widzi też linii mety. 

Paulina Królak: Za Tobą pierwsze w tym sezonie kontrolne starty w Bydgoszczy i Słubicach oraz występ w Grand Prix w Paryżu. Jak oceniasz stan swoich przygotowań do lekkoatletycznych mistrzostw świata, które w przyszłym miesiącu odbędą się w Londynie?

Joanna Mazur: Na dzień dzisiejszy jesteśmy tak naprawdę na etapie budowania formy. Podczas tych startów udało nam się wypełnić minima w biegach na 800 i 1500 metrów, w skoku w dal oraz w sztafecie 4×100 metrów. Wyniki, jakie wtedy uzyskaliśmy, nie są dla nas wyznacznikiem formy przed lipcowymi mistrzostwami, gdyż znajdowaliśmy się wtedy w bardzo mocnym treningu. Nie przygotowywaliśmy się specjalnie do tych zawodów,, potraktowaliśmy je po prostu jako kolejny trening.

P.K.: W Bydgoszczy zrobiłaś minima w biegach na 800 i 1500 metrów. Czy to oznacza, że sprinterskie dystanse idą w odstawkę?

J.M.: Nie, nie zamierzamy odpuszczać tych dystansów. Po prostu postanowiliśmy popracować jeszcze bardziej nad wytrzymałością, stąd to wydłużenie do 800 i 1500 metrów. Nie do końca bowiem jeszcze jest wiadomo, jak ułoży się nasz plan startów podczas mistrzostw świata. Na chwilę obecną skonstruowany został on tak, że po półfinale 200 metrów będziemy mieli zaledwie 40 minut na odpoczynek i przygotowanie się – w co mocno wierzymy – do biegu finałowego na 400 metrów. Do Londynu nie wybieramy się na wycieczkę, czekać nas będą wtedy dwa bardzo intensywne tygodnie. Aby móc być do tego trybu odpowiednio przygotowanym, musimy teraz ciężko trenować, żeby nasze organizmy były skłonne na tyle szybko się zregenerować, byśmy po tych kilkudziesięciu minutach mogli wystartować w kolejnym biegu.

P.K.: Biegi z przewodnikiem to jedna z bardziej, o ile nie najbardziej widowiskowych konkurencji lekkoatletycznych. Opowiedz proszę o ich specyfice i rządzących nimi prawami.

J.M.: Do przewodnika mają prawo lekkoatleci z grupy T11. Do grupy tej przyporządkowani są zawodnicy niewidomi lub zawodnicy posiadający – tak jak ja – szczątkowe widzenie. W czasie biegu każdy z nich ma nałożoną na oczy opaskę, przez którą zupełnie nic nie widać. Dzięki temu rywalizacja rozgrywana jest sprawiedliwie. Wszyscy są równi i nikt nad nikim nie ma przewagi, bo każdy najmniejszy nawet widziany cień czy błysk daje nad przeciwnikami olbrzymią przewagę. Przewodnik to tak naprawdę moje oczy. Nie może mi w żaden sposób pomagać podczas biegu, gdyż grozi to dyskwalifikacją. Nie wolno mu mnie wyprzedzić czy pociągnąć za sobą. Biegnie obok mnie, na tym samym torze lub torze sąsiednim, a połączeni jesteśmy opaską. Jeden koniec tej opaski mam zapięty na nadgarstku, drugi koniec natomiast przewodnik trzyma w swojej ręce. Tą opaską jesteśmy tak jakby uwiązani, nie możemy jej zgubić, bo to również prowadzi do dyskwalifikacji. W trakcie biegu musimy być dobrze zsynchronizowani. Tu wszystko musi być dopracowane w najdrobniejszych szczegółach, każdy niuans techniczny – długość kroku biegowego czy rownomierna praca rąk – ma bowiem olbrzymie znaczenie. Wszystkie wykonywane przez nas ruchy muszą przebiegać płynnie, ponieważ każda zmiana tempa czy szarpnięcie w najlepszym przypadku będzie wiązać się ze spowolnieniem biegu i zaburzeniem całego procesu, a w najgorszym z możliwych scenariuszy może skończyć się to wywrotką lub dyskwalifikacją.

P.K.: Twoim przewodnikiem jest Michał Stawicki, były lekkoatleta i triathlonista. Jaką pełni on rolę podczas takiego biegu?

J.M.: Michał pomaga mi przygotować się do startu i ustawić w blokach. W trakcie biegu dostaję od niego całą serię komend typu „wiraż”, co oznacza wejście w wiraż, czy „prosta” – wyjście na prostą. Informuje mnie również, na jakim etapie rywalizacji znajdujemy się w danym momencie. Jest pełnoprawnym zawodnikiem, dlatego po odniesionym sukcesie na mecie otrzymuje medal. Michał towarzyszy mi również podczas treningów. Od jakiegoś czasu jest nie tylko moim przewodnikiem, lecz także trenerem. Przygotowuje dla nas obojga cały program szkoleniowy. Jest mi bardzo pomocny przy realizacji rozpisywanych przez siebie planów. Każde ćwiczenie wykonuje ze mną. Na siłowni podaje mi ciężary, robi ze mną rozgrzewkę, towarzyszy mi w biegach przez płotki. Jest zawsze obok mnie, przy nim czuję się bezpieczna i wiem, że nic mi nie grozi. Można powiedzieć, że jest takim moim Aniołem Stróżem.

P.K.: Jak doszło do Waszego spotkania?

J.M.: W porównaniu do innych zawodniczek z mojej grupy jesteśmy z Michałem parą startową o stosunkowo krótkim stażu treningowym. Razem biegamy tak naprawdę od stycznia ubiegłego roku. Poznaliśmy się na jednym z obozów kadry, było to pod koniec 2015 roku. Na obóz ten przyjechałam sama, bez przewodnika. Żaden z trenujących ze mną wówczas w Krakowie chłopaków nie mógł na ten obóz pojechać, a ja nie miałam z kim wykonać treningu. O pomoc poprosiłam wtedy Michała, który bez wahania chwycił w dłoń opaskę i wyszedł ze mną na bieganie. Podczas treningu Michał przejął rolę moich oczu, czułam się przy nim niemal tak, jakbym widziała. Od razu między nami „zaiskrzyło”, w trakcie wspólnych biegów rozumieliśmy się bez słów. Dziś mam do niego stuprocentowe zaufanie. Po powrocie z obozu nie potrafiłam znaleźć sobie miejsca, ciężko było mi przestawić się na bieganie z chłopakami z mojej krakowskiej grupy. Koledzy, z którymi tam trenowałam, żyli w przeświadczeniu, że skoro mają do czynienia z kobietą, niepełnosprawną w dodatku, to treningi będą należały do lekkich i przyjemnych, i nie zmęczą się na nich za bardzo. Nieraz zdarzało się, że byłam od nich lepsza, co w takim układzie jest niedopuszczalne. Podana przeze mnie sytuacja pokazuje, że nie każdy nadaje się na przewodnika.

P.K.: Jakie cechy powinien posiadać zatem idealny przewodnik?

J.M.: Przewodnik musi być co najmniej tak samo wytrzymały i szybki jak ja. Mile widziane jest, żeby był nawet lepszy, ponieważ musi dysponować wystarczająco dużą siłą, aby móc zapanować nade mną podczas biegu. Jeżeli dodatkowo ma w sobie ogromne pokłady empatii, to współpraca taka ma szansę na powodzenie. Michał kryteria te spełnia w stu procentach. Myślę, że mamy też podobny sposób myślenia, działania i postrzegania świata, co bardzo pomaga nam we wspólnych treningach. Z każdym kolejnym startem rozumiemy się coraz lepiej, co doskonale widać po uzyskiwanych przez nas wynikach.

P.K.: Powiedziałaś, że przewodnik musi być tak samo silny jak Ty albo nawet silniejszy. Czy próbowałaś zatem kiedyś trenować z kobietą jak część Twoich koleżanek z bieżni?

J.M.: Tak naprawdę nie próbowałam nigdy biegać z kobietą. Jednak, jeżeli zdecydowałabym się na treningi z kobietą, to musiałaby dysponować ona większą wytrzymałością i siłą ode mnie, gdyż – jak wcześniej wspomniałam –  podczas takiego biegu na zawodnika działają ogromne siły. Teraz, kiedy biegam z Michałem, nie zamierzam szukać nowego przewodnika. Nie wyobrażam sobie nawet treningów z kimś innym. Mam nadzieję, że przed nami jeszcze kilka dobrych sezonów startowych. Oby tylko zdrowie dopisało, bo bez niego realizacja kolejnych sportowych planów będzie niemożliwa.

P.K.: Jak ciężko musieliście razem trenować, by wskoczyć na tak wysoki poziom, jaki obecnie prezentujecie?

J.M.: Treningi, które z Michałem na co dzień realizujemy, nie należą do łatwych i przyjemnych. Trenujemy w zasadzie dwa-trzy razy dziennie przez sześć, a niekiedy i nawet siedem dni w tygodniu. Wszystko tak naprawdę zależy od tego, w jakim okresie przygotowań się znajdujemy. Teraz na przykład wskoczyliśmy na większe obroty i czekają nas cztery dni ciężkiej pracy (dwa dni plus dwa dni), a po nich jeden dzień lżejszy. Potem znowu wchodzimy na takie cztery intensywne dni i jeden dzień spokojniejszy. W momencie, kiedy dodatkowo wydłużamy się do 800 i 1500 metrów, to oczywiste jest, że powinniśmy popracować nad większą wytrzymałością. Treningi sprinterskie różnią się w sposób znaczący od treningów średniodystansowych, jednak oba te dystanse staramy się łączyć w taki sposób, aby wzajemnie się nie wykluczały. Nie zamierzamy bowiem odpuszczać ani 200, ani tym bardziej 400 metrów. Jest naprawdę ciężko, bo trzeba zbudować nie tylko wytrzymałość szybkościową, ale i wytrzymałość ogólną. Mamy jednak świadomość, że to, co robimy teraz, zaprocentuje w przyszłości. Przed nami mistrzostwa świata, do których musimy się bardzo dobrze przygotować, aby w dobrej formie móc przejść przez ten dwutygodniowy maraton startowy. Występ w Londynie to nagroda za to, co dzieje się w tym momencie. Jeżeli podejmiemy decyzję, by choć trochę odpuścić, to nie mamy właściwie po co tam jechać.

P.K.: Ubiegły rok okazał się dla Ciebie i Michała przełomowy. Po raz pierwszy wystartowaliście na igrzyskach, a z mistrzostw Europy we włoskim Grosseto przywieźliście złoto i srebro. Jak te dwa wydarzenia zmieniły Twoje życie?

J.M.: Jeszcze w październiku czy listopadzie 2015 roku nawet przez myśl mi nie przeszło, że kiedyś zostanę olimpijką. Start na igrzyskach to marzenie każdego sportowca. To ogromne wyróżnienie i zaszczyt, bo stajemy się wizytówką swojego kraju. W momencie, kiedy zaczęłam biegać z Michałem i zauważyłam, że podczas treningów nie męczymy się i biegniemy razem, a nie obok siebie, marzenia o starcie w Rio stały się bardzo realne. Gdy zrobiliśmy kwalifikację na te igrzyska, spełniły się moje marzenia, które przez tyle czasu skrywałam głęboko w sercu. Występy w Grosseto i Rio były dla mnie niezwykle ważnymi momentami, bo ciężka praca, którą wykonaliśmy, zaowocowała złotym i srebrnym medalem mistrzostw Europy oraz siódmym miejscem w biegu na 400 metrów podczas igrzysk. Wyniki, jakie wtedy uzyskaliśmy, pobudziły tylko nasze apetyty na więcej.

P.K.: Co czułaś, kiedy z Michałem odbieraliście na podium medale mistrzostw Europy?

J.M.: Z ceremonii wręczenia medalu niewiele tak naprawdę pamiętam. Dopiero po zejściu z podium, gdy obejrzeliśmy na spokojnie filmik z naszej dekoracji, dotarło do mnie, co się właśnie wydarzyło. Ogarnęło mnie niesamowite wzruszenie, w oku zakręciła się łza. Wtedy przygotowywaliśmy się do startów w oparciu o plany trenera Lecha Salamonowicza, który słynie z tego, że nie ma u niego lekko. Jednak kiedy staje się na podium i odbiera upragniony krążek, człowiek w jednej chwili zapomina, ile wyrzeczeń, łez i nieprzespanych ze zmęczenia nocy kosztował go ten sukces. Medal jest nagrodą za to wszystko. Po każdym takim ukończonym treningu miałam olbrzymią satysfakcję, że znowu dałam radę. Wielu moich w pełni sprawnych kolegów z krakowskiej grupy nie było w stanie wytrwać do końca takiego treningu, więc tym bardziej nakręcało mnie to do jeszcze cięższej pracy. Poprzedni rok jak najbardziej można zatem uznać za przełomowy i jako zawodniczka w pełni już świadoma swojego rozwoju śmiało mogę powiedzieć, że to, co robimy, zmierza w dobrym kierunku.

P.K.: Jak wspominasz sam start w Rio de Janeiro?

J.M.: Start w igrzyskach to niezwykłe wyróżnienie i myślę, że dla każdego sportowca, nie tylko paraolimpijskiego, udział w nich bardzo wiele znaczy. Wielu moich przyjaciół, którzy zasiedli przed telewizorami, by śledzić nasze starty, w momencie kiedy weszłam na bieżnię, nie poznało mnie. Byłam przerażona ilością ludzi znajdujących się na stadionie, co doskonale widać było na szklanym ekranie. Po raz pierwszy zetknęłam się z czymś takim. Była to dla mnie nowość, bo na naszych zawodach trybuny zazwyczaj świecą pustkami, a tu wypełnione były po brzegi. Bałam się, że nie usłyszę wystrzału z pistoletu i oboje z Michałem zostaniemy w blokach startowych. Michał jednak jak zwykle zachował zimną krew, uspokoił mnie i atak paniki szybko minął. Brazylijska publiczność szalała z radości, więc podczas biegu Michał musiał krzyczeć bardzo głośno, żebym mogła zrozumieć wydawane przez niego komendy. W pewnym momencie dotarło do mnie nawet, że ten wiwatujący tłum kibicuje nie tylko swoim rodakom, ale dopinguje również mnie i startujące ze mną koleżanki. Było to bardzo miłe uczucie, które dało nam pozytywnego kopa.

P.K.: W eliminacjach biegu na 400 metrów przyszło Ci wtedy rywalizować z absolutną gwiazdą sprintu w kategorii T11, Brazylijką Terezinhą Guilherminą. Nie czułaś tremy, biegając w jednej serii z tak utytułowaną zawodniczką?

J.M.: Nie czułam tremy podczas biegu z nią w jednej serii. W momencie, kiedy wchodzi się do bloków startowych, wszystko się może wydarzyć. Nie wiem, jak Terezinha wygląda, ona nie wie o mnie tego samego. Wiem za to doskonale, jak ona biega i jakie do tej pory kręciła czasy. W sporcie nie rozdają medali za wcześniejsze zasługi, każdy kolejny bieg to nowa historia. Trudno przewidzieć, komu pójdzie lepiej, a komu gorzej, wszystko jest jasne dopiero na mecie. Dlatego w żaden sposób nie można wyolbrzymiać tego, z kim się biega ani tym bardziej lekceważyć żadnego przeciwnika. Każdy ma równe szanse. Każdy też ma prawo mieć gorszy dzień i zanotować występ poniżej swoich oczekiwań. Przez tyle lat trwania w sporcie nauczyłam się, że nie ma w nim nic pewnego. Nawet najlepszym zdarzają się błędy, potknięcia i wywrotki. Nawet tak doświadczonym zawodniczkom jak Terezinha Guilhermina, która w finale 200 metrów została zdyskwalifikowana, bo popełniła falstart. My z Michałem również robimy błędy. Podczas mistrzostw Europy w biegu na 400 metrów zgubiliśmy opaskę, choć biegliśmy na pierwszej pozycji. Uważam, że dużą sztuką jest potrafić wyciągnąć z takich sytuacji odpowiednie wnioski i starać się, by nie powtarzały się one w przyszłości.

P.K.: Czy odczuwasz niedosyt związany z tymi igrzyskami?

J.M.: Myślę, że niedosyt pozostał, bo zawsze można było coś poprawić i zrobić to lepiej. Człowiek został tak skonstruowany, że stara się dążyć do perfekcji. Każde potknięcie i niezadowolenie z siebie mobilizuje mnie do jeszcze cięższej pracy. Ja niestety przed samymi igrzyskami doznałam kontuzji, z którą borykałam się przez dłuższy czas i która zaburzyła mi trochę ostatni okres przygotowań. Pomimo problemów zdrowotnych zrobiliśmy jednak z Michałem w Rio bardzo dobre wyniki na 200 i 400 metrów. Jestem zadowolona z tego, co pokazaliśmy w Brazylii. Nie zamierzamy jednak spoczywać na laurach i spokojnie czekać sobie na kolejną wielką imprezę, bo konkurencja cały czas idzie do przodu. Tuż po zakończeniu igrzysk spotkaliśmy się z trenerem, jeszcze raz na spokojnie przeanalizowaliśmy cały nasz występ i postanowiliśmy obrać kurs na Londyn. Wierzę, że wyciągnięte z Rio wnioski i modyfikacje wprowadzone do treningu pozwolą nam podczas nadchodzących mistrzostw świata odegrać jedną ze znaczących ról.

P.K.: Jakie zatem cele postawiliście sobie na nadchodzące mistrzostwa świata w Londynie?

J.M.: Jak już podkreślałam, będą to dla nas bardzo aktywne dwa tygodnie naszpikowane masą startów. Mam nadzieję, że wytrwamy do tego czasu w dobrym zdrowiu i będzie nam dane powalczyć o czołowe lokaty. Ciężko prognozować, co będzie i jak będzie, bo nie wiemy, w jakiej dyspozycji znajdować się będą wtedy moje rywalki. Wszystko okaże się tak naprawdę dopiero po przekroczeniu linii mety. Ze swojej strony mogę jedynie obiecać, że wraz z Michałem damy z siebie wszystko 🙂

cdn.

Druga część rozmowy dostępna jest tutaj.

———————

Fot.: Prywatne Archiwum Asi i Michała.

Filmy: (1) Bieg po złoto na dystansie 200 metrów podczas mistrzostw Europy w Grosseto, (2) Bieg eliminacyjny na 400 metrów podczas igrzysk w Rio.

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here