Strona głównaAKTUALNOŚCIMedal śnił mi się po nocach – rozmowa z Angeliką Koniecko

Medal śnił mi się po nocach – rozmowa z Angeliką Koniecko

Medal śnił mi się po nocach – rozmowa z Angeliką Koniecko

Angelika Koniecko jest jedną z naszych medalowych nadziei podczas igrzysk paraolimpijskich, które za niecałe trzy lata odbędą się w Tokio. W basenie spędziła ponad połowę swojego życia. Godziny treningów w wodzie dość szybko zaczęły wydawać pierwsze plony. 20-latka już teraz może pochwalić się imponującą kolekcją medali mistrzostw globu i Europy. Dorobek ten na początku miesiąca powiększyła o brąz światowego czempionatu podczas zawodów w Meksyku.

Paulina Królak: Jakie cele postawiłaś sobie przed mistrzostwami świata INAS (INAS – Międzynarodowa Federacja Sportu Osób z Niepełnosprawnością Intelektualną), które przed tygodniem zakończyły się w Meksyku?

Angelika Koniecko: Celowałam w podium. Od dawna miewałam prorocze sny, w których za każdym razem stałam na jego najwyższym stopniu, a z głośników płynęły dźwięki naszego Mazurka. Jak wiadomo, sen ten spełnił się w połowie i zamiast złota było trzecie miejsce w finale 200 metrów stylem grzbietowym. Będzie to jednak dla mnie dodatkowa motywacja, by podczas kolejnych treningów w basenie dawać z siebie jeszcze więcej.

P.K.: Czy jesteś w pełni zadowolona z zajmowanych miejsc i uzyskanych wyników? Mistrzostwa odbywały się na dużej wysokości, przez co o poprawę rekordów życiowych było niezwykle trudno.

A.K.: Przyznam szczerze, że odczuwam lekki niedosyt. Nie jestem do końca usatysfakcjonowana wynikami, jakie w Meksyku udało mi się uzyskać. Po odebraniu brązowego medalu, po który popłynęłam w finale grzbietu, przepłakałam prawie całą noc. Byłam rozczarowana swoją postawą, bo czasy, jakie wcześniej wykręcałam na treningach, tu w Ameryce spokojnie dałyby mi złoto. Warunki panujące w Meksyku i wysokość, na jakiej rozgrywane były zawody, zrobiły jednak swoje. Musiałam dać sobie chwilę na oswojenie się z myślą, że to nie jest tylko brązowy medal. To jest AŻ brązowy medal! Przecież równie dobrze mogłam do kraju wrócić z niczym.

P.K.: Rozważaliście może z trenerem możliwość startu w mistrzostwach świata IPC (IPC – Międzynarodowy Komitet Paraolimpijski), które równolegle rozgrywane były w Meksyku?

A.K.: Nie braliśmy pod uwagę takiej opcji. Od samego początku nasze przygotowania podporządkowane były pod wyjazd na pływackie mistrzostwa świata INAS. Obsada tych zawodów w kategorii S14 była o wiele liczniejsza niż w równolegle rozrywanej imprezie rangi IPC. Start w zawodach organizowanych przez Międzynarodowy Komitet Paraolimpijski w przypadku wywalczenia miejsc w pierwszej trójce byłby równoznaczny z brakiem stypendium na kolejny rok. Kryteria przyznawania takich świadczeń u nas w Polsce są dość restrykcyjne, bo medaliści w międzynarodowych zawodach szansę na pieniądze mają wówczas, gdy do danej konkurencji przystąpi co najmniej 12 zawodników z ośmiu krajów. Nie mogłam pozwolić sobie na utratę tych pieniędzy, gdyż stanowią one główne źródło mojego utrzymania.

P.K.: Jak wyglądały Twoje przygotowania do tych mistrzostw? Gdzie trenowałaś, ile godzin spędziłaś w basenie?

A.K.: Przygotowania przebiegały bez większych zakłóceń. Jedyna rzecz, jaka nas zasmuciła, to mniejszy budżet przeznaczony na wyjazdy na obozy. W tym roku zaledwie dwukrotnie podczas takich obozów mieliśmy szansę popływać na pełnowymiarowym 50-metrowym basenie. Na takim właśnie obiekcie rywalizowaliśmy w Meksyku o medale mistrzostw świata. W tygodniu spędzałam po 11 godzin w wodzie, a większość treningów odbyłam u siebie w Suwałkach na 25-metrowym basenie.

P.K.: Jak wspominasz pobyt w Meksyku? Udało Ci się coś ciekawego zobaczyć lub zwiedzić?

A.K.: Ze swojego pobytu w Meksyku, jak już wcześniej wspomniałam, zachowam nie do końca dobre wspomnienia. Tamtejszy klimat, wyraźnie odbiegający od warunków panujących w Polsce, po prostu mi nie służył. Samego czasu na zwiedzanie też było niewiele. W przerwie między kolejnymi startami udało się nam wygospodarować chwilę, by zobaczyć stare miasto, na które mieliśmy widok z okien hotelu. Za to drogę, jaką codziennie pokonywaliśmy z hotelu na basen i z powrotem, znamy już praktycznie na pamięć.

P.K.: Wyjazdy na zagraniczne zawody bardzo często wiążą się ze zmianami stref czasowych. Jak znosisz takie zmiany?

A.K.: Zazwyczaj mój organizm łagodnie znosił takie zmiany, nie miałam wcześniej problemów z aklimatyzacją. Nie wiem, dlaczego akurat w Meksyku pojawiły się komplikacje. Trenerzy zapewniają, że do tych mistrzostw przygotowana byłam bardzo dobrze. Być może wynika to właśnie z faktu, że różnica pomiędzy Polską a Meksykiem wynosi aż siedem godzin.

P.K.: W jakich okolicznościach rozpoczęłaś swoją przygodę z pływaniem?

A.K.: Do pływania namówił mnie Jerzy Piątkowski, mój trener. Miałam wtedy dziewięć lat i chciałam nauczyć się pływać, ale za bardzo nie wiedziałam, jak powinnam się do tego zabrać. Szło mi na tyle dobrze, że dość szybko padł pomysł, by wysłać mnie na pierwsze mistrzostwa Polski. Od tamtego momentu moja gablota zaczęła wypełniać się medalami i pucharami w iście ekspresowym tempie.

P.K.: Niejeden z tych medali pokryty jest złotem. Jakie to uczucie, kiedy grany jest dla Ciebie Mazurek Dąbrowskiego i oczy wszystkich zwrócone są tylko na Ciebie?

A.K.: To wspaniałe uczucie. Za każdym razem, gdy staję na najwyższym stopniu podium i spoglądam na wciąganą na maszt flagę, mam dreszcze na całym ciele. Nie raz przy naszym polskim hymnie łzy napływały mi do oczu, choć muszę przyznać, że należę osób, które niełatwo jest wzruszyć. Jestem jednak pewna, że niejednego twardziela tak wyjątkowa okoliczność, jaką bez wątpienia jest odebranie złotego medalu, doprowadziłaby do łez. Oczywiście tych radości.

P.K.: Z którego sportowego sukcesu jesteś najbardziej dumna?

A.K.: Najbardziej jestem dumna z czterech złotych medali mistrzostw Europy, które w 2016 roku odbyły się we Włoszech. Wtedy to udało mi się obronić wywalczone dwa lata wcześniej w Libercu trzy tytuły i dołożyć do tego wyniku jeszcze jeden.

P.K.: Czy jest takie trofeum, o które chciałabyś powiększyć swoją kolekcję? 

A.K.: Jak chyba każdy sportowiec marzę o zdobycie medalu igrzysk paraolimpijskich. Krążek ten byłby spełnieniem moich sportowych marzeń. Nie miałam też okazji posmakować, jak to jest być mistrzynią świata. Mam dopiero 20 lat i głęboko wierzę, że wszystko co najlepsze, jeszcze jest przede mną.

P.K.: Do igrzysk paraolimpijskich w Tokio pozostały jeszcze niecałe trzy lata. Czy wiesz już może, jak przepracujesz ten okres?

A.K.: Najpierw trzeba się do nich zakwalifikować, a żeby tego dokonać, muszę utrzymywać dobrą dyspozycję i liczyć po cichu na to, że kontuzje będą omijały mnie szerokim łukiem. W międzyczasie mamy zaplanowanych dużo startów międzynarodowych. Na chwilę obecną priorytetem są dla mnie Global Games, które w 2019 roku odbędą się w Brisbane, a także przyszłoroczne Europejskie Igrzyska INAS w Paryżu. Trzymanie mocno kciuków już teraz będzie mile widziane.

P.K.: Czy w Twoim poukładanym pod treningi życiu jest czas na nutę szaleństwa? 

A.K.: Każda chwila jest dobra, by zrobić coś naprawdę szalonego 🙂 Kiedyś na przykład na ceremonię wręczenia złotego medalu zmuszona byłam iść w mokrym dresie kadrowym, bo chwilę wcześniej wpadłam do basenu. Jeśli komukolwiek przyszłoby do głowy w taki właśnie sposób oblać swój sukces, to szczerze odradzam. Stanie w kałuży to naprawdę nic przyjemnego 😀

P.K.: Skoro skoki do basenu nie wchodzą już w rachubę, to w jaki sposób zamierzasz uczcić swój medal z Meksyku?

A.K.: Na pewno opiję go w Sylwestra z przyjaciółmi. Oczywiście soczkiem albo szampanem bezalkoholowym 😀 Jako sportowiec zmuszona jestem prowadzić zdrowy tryb życia 🙂

P.K.: Jakie produkty dominują zatem w Twojej diecie? Czy pozwalasz sobie czasem na małe kulinarne grzeszki?

A.K.: Na co dzień spożywam pięć posiłków. Nie mam jakiejś mocno restrykcyjnej diety, ale też nie mogę pozwolić sobie na śmieciowe jedzenie typu fast food, gdyż od razu miałoby to przełożenie na słabsze wyniki. Raz w miesiącu robię sobie taki cheat day, w trakcie którego wolno mi troszkę pogrzeszyć i skosztować wszystko to, czego w zasadzie jeść nie powinnam.

P.K.: Czy masz hobby/pasję, która pozwala Ci oderwać się od sportowej codzienności?

A.K.: Na co dzień uczęszczam na samoobronę w suwalskiej sekcji Krav Maga. Treningi te sprawiają mi mnóstwo frajdy. Poza tym nabyte tam umiejętności mogą mi się jeszcze kiedyś przydać. Kariera sportowca też nie trwa wiecznie, dlatego już teraz postanowiłam zadbać o swoją przyszłość i zapisałam się do szkoły masażu. W ramach tych zajęć uczę się m.in. języka migowego, żeby móc swobodnie porozumieć się z każdym pacjentem.

P.K.: Niewiele osób wie, że na co dzień pracujesz jako ratownik WOPR. Co najbardziej lubisz w swojej pracy?

A.K.: Nie ukrywam, że uwielbiam adrenalinę, a w tej pracy gwałtowne skoki ciśnienia zdarzały mi się dość często, zwłaszcza w sezonie wakacyjnym. Moje zamiłowanie do ratownictwa narodziło się już w dzieciństwie. Godzinami mogłam wówczas przesiadywać przed telewizorem i oglądać z rodzicami „Słoneczny patrol”. Już wtedy wiedziałam, że moją misją jest nieść pomoc innym.

P.K.: Czego życzyć Ci na koniec?

A.K.: Przede wszystkim zdrowia. I żeby spełniły się wszystkie moje sportowe i pozasportowe marzenia 🙂

————

Fot.: Prywatne archiwum Angeliki.

Podziel się:
Oceń ten wpis
Brak komentarzy

Zostaw komentarz