Strona głównaAKTUALNOŚCIPostawiłam wszystko na jedną kartę, zaufałam intuicji – rozmowa z Katarzyną Sobczak

Postawiłam wszystko na jedną kartę, zaufałam intuicji – rozmowa z Katarzyną Sobczak

Postawiłam wszystko na jedną kartę, zaufałam intuicji – rozmowa z Katarzyną Sobczak

Przez niemal dziesięć lat Katarzyna Sobczak nie rozstawała się z czepkiem oraz kąpielowym strojem. Po wielu godzinach spędzonych w basenie 24-latka potrzebowała jednak odmiany. Zaryzykowała i pływacki basen zamieniła na otwarte wody. Choć od podjęcia przez nią tej decyzji minął dopiero rok, to jako aktualna brązowa medalistka mistrzostw Europy w kajakarstwie śmiało może powiedzieć, że była ona strzałem w dziesiątkę.

Paulina Królak: Dotarło już do Ciebie, że jesteś trzecią zawodniczką w Europie?

Katarzyna Sobczak: Przez pierwszy tydzień radość była przeogromna, wciąż nie dowierzałam temu, co wydarzyło się w Belgradzie. Miałam problemy ze snem, budziłam się w nocy i sprawdzałam, czy medal ten leży na mojej półce, po czym – mając pewność, że jest mój i nikt mi go nie odbierze – z powrotem kładłam się spać. Jakieś spektakularne zmiany związane z wywalczeniem krążka nie zaszły jednak w moim życiu. Choć muszę przyznać, że podium to dało mi olbrzymiego kopa do działania i umocniło dodatkowo w przekonaniu, że jako sportowiec podążam we właściwym kierunku.

P.K.: Jak z perspektywy czasu oceniasz swój występ w Serbii? Spodziewałaś się tak dobrego wyniku?

K.S.: Jestem bardzo zadowolona z tego finałowego wyścigu, ponieważ przy okazji o 0,2 s poprawiłam swoją życiówkę (53,112 s – przyp. red.), którą podczas ostatnich mistrzostw Polski w Poznani udało mi się wyśrubować do poziomu poniżej 53 sekund (52,717 s – przyp. red.). Jeśli chodzi o sam start, to miałam zakodowane w głowie, że wciąż ocieram się o tę czołówkę. Byłam świadoma, że pływam na poziomie zbliżonym do depczącej mi po piętach Rosjanki Larisy Wolik. Kiedy udało mi się wyprzedzić pierwszą z zawodniczek, ucieszyłam się, że nie będę ostatnia 🙂 Potem wrzuciłam już piąty bieg i wiosłowałam, ile fabryka dała. Niewiele brakowało, a mogłabym wrócić do domu ze srebrem. Do będącej na drugim miejscu Rumunki Mihaeli Lulei ostatecznie zabrakło mi 0,140 s. Wystarczyło jedno mocniejsze pociągnięcie wiosłem, by końcowa klasyfikacja mistrzostw wyglądała nieco inaczej. Na tamten moment dałam jednak z siebie absolutnie wszystko i ten brązowy medal jest dla mnie spełnieniem marzeń.

Tytuł mistrzyni kraju z 2017 roku obroniony! Z Kamilą Kubas i Agnieszką Kopeć, czyli srebrną i brązową medalistką mistrzostw Polski

P.K.: Sympatycy sportu paraolimpijskiego kojarzą Cię przede wszystkim z basenu. Czym podyktowana była zmiana dyscypliny?

K.S.: Odniosłam wrażenie, zresztą zauważyło to nawet moje najbliższe otoczenie, że zaczynam się powoli wypalać. Treningi w wodzie nie sprawiały mi już takiej frajdy jak kiedyś, traktowałam je bardziej jako odskocznię od codziennego życia oraz problemów. Potrzebowałam bodźca, który pozwoliłby mi na nowo czerpać radość ze sportu. Za kajakami przemawiał również fakt, że mogę trenować na świeżym powietrzu. Brakowało mi tego na co dzień, a rzadko kiedy mieliśmy możliwość, by popływać na otwartej przestrzeni. To ostatecznie przesądziło o podjęciu przeze mnie takiej właśnie decyzji.

P.K.: Do zmian nakłonił Cię Jakub Tokarz, mistrz paraolimpijski w kajakarstwie z igrzysk w Rio de Janeiro. Jakich argumentów zmuszony był użyć, by przekonać Cię do kajaków?

K.S.: Wbrew pozorom nie trzeba było długo mnie do tego przekonywać. Na temat kajaków rozmawialiśmy z Kubą w marcu ubiegłego roku. Przypatrywał się kilka razy, jak pływam w wodzie, i na tej podstawie stwierdził, że drzemie we mnie potencjał. Pochwalił moją muskulaturę, takich komplementów aż przyjemnie było posłuchać. Tydzień po tej rozmowie skontaktował się ze mną trener Dawid Nowacki z zaproszeniem na pierwszym trening. Pełna obaw połączonych zarazem z ciekawością postanowiłam wyruszyć w podróż w nieznane.

P.K.: Twoi najbliżsi nie mieli problemu z zaakceptowaniem podjętej przez Ciebie decyzji? W basenie zostawiłaś przecież kawał swojego życia i równie wiele pięknych wspomnień.

K.S.: Rodzice na początku byli sceptycznie nastawieni do tego pomysłu. Prosili, bym się jeszcze zastanowiła i pod wpływem impulsu nie chowała kostiumu oraz czepka do szuflady, bo szkoda dziewięciu lat treningów. Ja jednak uparcie obstawałam przy swoim. Postawiłam wszystko na jedną kartę, zaufałam intuicji, która podpowiadała mi, że będzie warto. Nie zawiodła mnie jak widać.

P.K.: Opowiedz proszę o swoich początkach z kajakarstwem. Co sprawiało Ci najwięcej problemów?

K.S.: Początki nie należały do najłatwiejszych. Na dzień dobry trzy razy wpadłam do wody, byłam cała mokra, woda wylewała mi się z butów. Nie zamierzałam się jednak tak szybko poddać i za każdym razem, gdy lądowałam w wodzie, z powrotem wracałam do łodzi. Mimo że miałam już wypracowane dzięki pływaniu odpowiednią siłę oraz wytrzymałość, to w kajakach okazało się być to niewystarczające. Brakowało mi techniki oraz stabilności na łódce i na tych elementach trzeba było skupić się najbardziej. Mięśnie odpowiadające za koordynację oraz stabilność, tak ważne w kajakach, w pływaniu nie były przeze mnie wykorzystywane.

Stosunkowo szybko udało mi się nadrobić techniczne braki, a nagrodą za godziny spędzone na Odrze okazał się być złoty medal mistrzostw Polski, który wywalczyłam po zaledwie czterech miesiącach treningu. Ten sukces przyszedł niespodziewanie, byłam w szoku, że udało mi się pokonać brązową medalistkę paraolimpijską Kamilę Kubas. Uwielbiam z nią trenować. Przed Pucharem Świata w Szeged oraz mistrzostwami w Belgradzie przybyliśmy całą ekipą wcześniej na miejsce, by zapoznać się z torem. Większość treningów realizowałyśmy wspólnie i jako moja sparingpartnerka spisała się doskonale.

My kajakarze ogólnie trzymamy się bardzo blisko. Możemy walczyć na torze, ale kiedy tylko kończy się wyścig, to zapominamy o rywalizacji i dalej jesteśmy przyjaciółmi. Spotykamy się prywatnie, często ze sobą rozmawiamy, wspieramy się nawzajem w trudnych momentach.

P.K.: W ubiegłym roku po raz pierwszy mogliśmy oglądać Cię również na mistrzostwach świata w czeskich Racicach. W konkurencji KL3, w której startujesz obecnie, byłaś trzynasta, w VL3 zajęłaś z kolei piątą pozycję. Często masz okazję pływać tą drugą łodzią?

K.S.: Teraz już sporadycznie. Wtedy ważyły się jeszcze losy kanadyjki w programie igrzysk paraolimpijskich, tak się niestety nie stało i teraz traktujemy ją jako urozmaicenie w regularnym treningu.

Radość po zdobyciu brązowego medalu mistrzostw Europy – bezcenna. Belgrad 2018

P.K.: Kiedy patrzy się na progresję Twoich wyników, aż trudno uwierzyć, że do kajaka po raz pierwszy wsiadłaś przed rokiem. Dzięki treningom w basenie było Tobie łatwiej odnaleźć się w nowej dyscyplinie?

K.S.: Oczywiście. Dzięki treningom pływackim zyskałam przede wszystkim odpowiednio ułożoną głowę przed startem. W mojej dyscyplinie kluczem do sukcesu tkwi we właściwym nastawieniu mentalnym, wyścig można przegrać, zanim jeszcze wyjdzie się na wodę. Kiedy czeka mnie ważny start, staram się najpierw przeprowadzić jego wizualizację. Trzeba wierzyć, że przepracowało się dobrze cały okres poprzedzający zawody. Takie podejście jest niezwykle budujące, umacnia w przekonaniu, że miejsce, w jakim znajduję się obecnie, nie jest przypadkowe.

P.K.: W którym momencie rozpoczyna się u Ciebie proces całej wizualizacji?

K.S.: Cały ten proces zaczyna się na dzień przed planowanym startem, gdy kładę się spać. Najpierw w mojej głowie kotłują się miliony myśli, typu: „O rany, to już jutro, co ja tutaj robię?!”. Po chwili jednak przychodzi opanowanie i po kolei układam sobie w myślach każdy punkt wyścigu. W ten sposób przygotowuję się już mentalnie do tego, co ma mnie czekać będzie nazajutrz. Dzięki temu nie denerwuję się tak bardzo zawodami, jest mi o wiele łatwiej zapanować nad przedstartowym napięciem i związanymi z nim emocjami.

P.K.: Masz jakiś rytuał, który pomaga Tobie wyciszyć się i zresetować przed startem?

K.S.: Nie posiadam go, bo nie jest mi specjalnie potrzebny. Żeby nie myśleć non stop o czekającym mnie wyścigu, staram się po prostu zapełnić głowę czynnościami i zdarzeniami z życia codziennego. Z pomocą przychodzą mi wówczas także książki, które pochłaniam całymi seriami.

P.K.: Czytanie książek o jakiej tematyce upodobałaś sobie najbardziej?

K.S.: Jak u większości kobiet są to romansidła, książki napisane przez Nicholasa Sparksa należą do moich ulubionych. Dodatkowo z racji studiowanego przeze mnie kierunku regularnie czytam lektury na temat fizjoterapii. Pasjonują mnie zagadnienia dotyczące głównie dzieci, po ukończeniu studiów w tej dziedzinie właśnie chciałabym się dalej rozwijać.

P.K.: Kajaki są jedną z niewielu dyscyplin, w której na co dzień przenikają się dwa środowiska – zawodników pełno- oraz z niepełnosprawnością. Co zyskujesz dzięki temu?

K.S.: To prawda. W kajakarstwie w przeciwieństwie do innych dyscyplin nie stosuje się podziału na sekcję para- oraz olimpijską. Trenujemy razem na Odrze, choć zdarza nam się również w ramach zgrupowań wyskoczyć do Wałcza czy Choszczna. Wspólne treningi dają mi możliwość dalszego rozwoju, a co idzie za tym – podnoszenia swojego poziomu sportowego. Razem wyjeżdżamy też na zawody. Dzięki takiemu łączeniu zawodów wzrasta zainteresowanie naszą dyscypliną. Sport paraolimpijski wciąż jest jeszcze niedoceniany przez media (choć na tym polu widać już poprawę), dlatego wspólny start na mistrzostwach świata czy Europy daje szansę na promocję i poszerzenie grona fanów naszej dyscypliny. Przy okazji takich zawodów mam możliwość poznać bliżej zawodników będących dla mnie inspiracją, których wcześniej mogłam zobaczyć tylko w telewizji.

P.K.: Kto zatem jest Twoim idolem?

K.S.: Austriacka kajakarka Vicki Schwarz, z którą podczas tegorocznego Pucharu Świata w Szeged miałam okazję zrobić sobie zdjęcie. Udało nam się też chwilę porozmawiać, słowa wypowiedziane przez nią przed startem dodały mi otuchy. Wyścig ukończyłam wówczas na czwartej pozycji, a rezultat, z jakim wtedy dopłynęłam do mety, na tamten moment był moim rekordem życiowym.

P.K.: Za co podziwiasz ją najbardziej?

K.S.: Po pierwsze, bardzo podobają mi się jej plecy (śmiech). Moim marzeniem jest posiadać równie imponującą muskulaturę jak ona. A po drugie pomimo, że nie plasuje się ona ciągle w czołówce, to wciąż ma apetyt na więcej i z każdej odniesionej porażki zawsze stara się wyciągnąć coś dobrego. To imponuje mi najbardziej.

Tegoroczny Puchar Świata w Szeged zaowocował czwartym miejscem i nową życiówką

P.K.: Sport poza znakomitą okazją do nawiązywania nowych kontaktów stwarza również możliwość odbywania dalekich podróży. Które z dotychczas odwiedzonych miejsc urzekło Cię najbardziej?

K.S.: Ogromne wrażenie zrobiło na mnie Soczi, które w 2015 roku było gospodarzem mistrzostw świata federacji IWAS, a rok wcześniej gościło sportowców biorących udział w zimowych igrzyskach. Piękne miejsce, góry połączone z morzem. Wielką atrakcją tamtych zawodów był odkryty basen, nigdy wcześniej nie miałam okazji startować na takim obiekcie. Drugim takim miejscem jest Madera, gdzie startowałam na mistrzostwach Europy. Równie piękne i ciepłe miejsce, które będę pamiętać z jak najlepszej strony.

P.K.: Negatywną stroną takich wyjazdów są dość częste nieobecności w domu. Ile średnio dni w roku przebywasz z dala od bliskich?

K.S.: Póki co takich wyjazdów nie ma zbyt wiele. Większość treningów udaje się przeprowadzać stacjonarnie we Wrocławiu, co jest mi akurat na rękę. Przywiązuję bowiem ogromną wagę do edukacji. Wciąż jestem jeszcze studentką i byłoby mi naprawdę ciężko pogodzić zajęcia na uczelni z częstymi wyjazdami poza miejsce zamieszkania, w szczególności gdy na horyzoncie pojawia się sesja egzaminacyjna. Dostrzegam jednak plusy takiej sytuacji. Wyrobiłam w sobie dzięki temu systematyczność, na co dzień staram się działam według wcześniej ustalonego planu, choć jak bywa chyba u każdego, i mnie czasem trafia się gorszy dzień.

P.K.: Czego jeszcze poza systematycznością nauczył Cię sport?

K.S.: Przede wszystkim pozytywnego podejścia do życia. Gdybym nie rozpoczęła regularnych treningów, to prawdopodobnie podzieliłabym los wielu osób z niepełnosprawnością, które zamykają się na świat w czterech ścianach swojego pokoju. Sport nauczył mnie także pokory oraz cierpliwości. W pływaniu nie zawsze przychodziły takie wyniki, jakich bym oczekiwała. Dwukrotnie walczyłam o wyjazd na igrzyska, za każdym razem jednak bezskutecznie. W obu przypadkach do wypełnienia limitu brakowało mi około dwóch sekund. Wierzę, że podczas kolejnych igrzysk będzie inaczej.

P.K.: W jakich okolicznościach trafiłaś do STARTu Wrocław?

K.S.: Wszystko zaczęło się w 2008 roku. Miałam wówczas 14 lat, rok wcześniej przeszłam amputację nogi. O klubie po raz pierwszy usłyszała moja mama, która na co dzień pracuje jako pielęgniarka. Wraz z tatą podjęli wspólnie decyzję, że odbywające się tam zajęcia z pływania będą dla mnie świetną formą rehabilitacji. Na początku traktowałam to jako zabawę. Po jakichś dwóch tygodniach podszedł do mnie trener Wojciech Seidel, który przekonał mnie do rozpoczęcia treningów. Zgodziłam się. Pierwsze sukcesy pojawiły się dość szybko, w parze z nimi przyszły również pierwsze pieniądze ze stypendiów, które napędzały mnie do jeszcze ciężkiej pracy.

Skok do wody dla ochłody

P.K.: Często wracasz myślami do wspomnień związanych z chorobą nowotworową?

K.S.: Za każdym razem, gdy otrzymuję telefon z Przylądka Nadziei. Pozostaję w stałym kontakcie z lekarzami, którzy w tym niezwykle trudnym dla mnie czasie walczyli o mój powrót do zdrowia. Jeżeli nie ma innego wyjścia i konieczna jest amputacja kończyny, a najbliższa rodzina czy też sam pacjent nie chcą o tym słyszeć, wówczas służę lekarzom z pomocą. Przychodzę do szpitala na rozmowę z pacjentem oraz jego rodziną, wyciągam z torby kilka medali i przekonuję, że na amputacji (choć trudno w to uwierzyć) świat się nie kończy. Tłumaczę, że można chodzić w butach na obcasach, prowadzić samochód, wyjść ze znajomymi na imprezę, a nawet chodzić po górach.

Dzięki temu, że przeszłam onkologiczne leczenie, jest mi o wiele łatwiej wczuć się w sytuację osób walczących z nowotworem. Poznałam ciemne strony tej choroby. Otrzymywałam chemię, na którą mój organizm przez długi czas pozostawał niewzruszony. Spróbowałam chyba wszystkich alternatywnych metod. Rodzice wozili mnie do bioenergoterapeutów i zielarzy, piłam przygotowywane przez nich mikstury z ziół. Kolejna bitwa, której stawką było moje życie, rozegrała się na stole operacyjnym. Lekarz, który przeprowadzał amputację, walczył o każdy centymetr mojej nogi. Robił, co w jego mocy, by jak najwięcej z tej nogi zostało ocalone. By komfort mojego przyszłego życia był jak najlepszy, za co do dziś jestem mu bardzo wdzięczna.

P.K.: Dostrzegasz jakieś pozytywne strony swojej choroby?

K.S.: Przekonałam się, jak wiele wspaniałych osób mam wokół siebie. Ogromne wsparcie otrzymałam od swoich bliskich, którzy starali się nie dopuszczać do mnie myśli, że może mnie wśród nich któregoś dnia zabraknąć. Przeżyliśmy razem naprawdę wiele. Próba, na jaką zostaliśmy wystawieni, scaliła nas jako rodzinę. Moi koledzy ze szkoły egzamin z przyjaźni również zdali na piątkę. Gdy było to tylko możliwe, odwiedzali mnie w domu albo w szpitalu. Gdy stan mojego zdrowia ulegał pogorszeniu i o takich wizytach mogłam sobie co najwyżej pomarzyć, wysyłali do mnie liściki oraz kartki na święta. Było to dla mnie niezwykle budujące, dzięki takim miłym gestom z ich strony nie czułam się od nich odizolowana ani tym bardziej w żaden sposób odrzucona.

P.K.: Kiedy w domu pojawia się niepełnosprawne dziecko, wielu rodziców – chcąc zagłuszyć wyrzuty sumienia, że nie byli w stanie uchronić ukochanej osoby przed utratą zdrowia – stara się wyręczać je w codziennych czynnościach. Rodzice po wyjściu ze szpitala stosowali wobec Ciebie taryfę ulgową?

K.S.: Nie stosowali i chwała im za to. Z wieloma czynnościami zmuszona byłam radzić sobie sama. Oczywiście zawsze mogłam liczyć na pomoc rodziców, ale nigdy nie miałam przez nich wszystkiego podstawionego pod nos. Pierwszy szok przeżyłam już 10 dni po amputacji, gdy wypisana zostałam do domu. Tata już na dzień dobry oznajmił, że muszę zacząć chodzić o kulach, bo wózka w domu nie będzie. Przez pracowników szpitala zostałam wtedy zapamiętana jako jedna z niewielu osób, którym pomimo wycieńczenia chemią, udało się opuścić jego mury o własnych siłach.

P.K.: W trakcie leczenia albo tuż po jego zakończeniu spotykałaś się często z nieprzyjemnymi komentarzami na temat swojego wyglądu?

K.S.: Jeśli chodzi o samą amputację, to z jej powodu nie wytykano mnie na ulicy palcami. Starałam się na co dzień nie zakrywać swojej niepełnosprawności, nie miałam oporów, by pokazać się na mieście w sukience czy shortach, mimo że choroba nowotworowa poczyniła spustoszenie w moim organizmie. Wizytówką młodej dziewczyny są jej włosy, chemia pozbawiła mnie ich całkowicie. Kilkukrotnie zdarzało się, gdy przechodziłam jeszcze onkoleczenie, że w tramwaju zaczepiały mnie młode dziewczyny, które naśmiewały się z mojej peruki czy chusteczki okrywającej głowę. Rzucały przy tym niepochlebne komentarze na mój temat, nie mając zupełnie pojęcia, jaka jest tego przyczyna. Za każdym razem starałam się tym nie przejmować, gdyż o wiele częściej byłam jednak pozytywnie zaskakiwana.

P.K.: W jaki sposób na przykład?

K.S.: Każdy, kto ma za sobą amputację, wie doskonale, ile trzeba się nagimnastykować, by uzbierać pełną kwotę na zakup protezy. Moja, z racji tego, że pozostawiono mi zaledwie 10 centymetrów kości udowej, dodatkowo musi być wyposażona w elektryczne kolano, co znacząco podnosi jej wartość. Koszt takiej protezy to około 250 tysięcy złotych, z NFZ mogę liczyć zaledwie na kilka tysięcy złotych dofinansowania, resztę pokryć muszę sama. W najbliższym czasie czekać mnie będzie wymiana protezy na nową, gdyż – podobnie jak sprzęt AGD czy RTV – mają one zaplanowaną użyteczność. Moi znajomi co jakiś czas spontanicznie organizują różne akcje, z których cały zysk przeznaczany jest właśnie na ten cel. Ostatnio byłam w jednej z wrocławskich szkół na spotkaniu z młodzieżą, by opowiedzieć im, na czym polega sport paraolimpijski. Na zakończenie wizyty dyrekcja szkoły poinformowała mnie, że przekażą dla mnie wszystkie pieniądze ze zbiórki charytatywnej, która wcześniej miała miejsce w szkole. Nie spodziewałam się tego kompletnie, bo przyszłam opowiedzieć dzieciakom o swojej pasji, a wyszłam z nadzieją, że na własnym weselu (to już za rok!) zatańczę w szpilkach.

Podczas tegorocznych mistrzostw Polski w pływaniu Katarzyna Sobczak wylowiła z basenu pięć medali

P.K.: Przy okazji takich spotkań namawiasz uczniów do rozpoczęcia przygody ze sportem?

K.S.: Jest to jeden z powodów, dla których przyjmuję zaproszenia do szkół. Uważam, że sport jest najlepszym sposobem na życie i swoimi przemyśleniami na ten temat staram się podczas tych wizyt dzielić z młodzieżą. W przypadku osób z niepełnosprawnością sport jest również najlepszą formą rehabilitacji. Gdy widzę na ulicy kogoś niepełnosprawnego, nie mam oporów, by podejść. Przedstawiam się, opowiadam o tym, czym się zajmuję, i pytam, czy byłby zainteresowany przyjściem do naszego klubu na trening. Jeśli chodzi o dzieci, to sporo zależy od samych rodziców. Dziecko szybko da się przekonać, rodzice stawiają większy opór, ponieważ to na ich barkach spoczywa przywiezienie i odebranie pociechy z treningu. Dzięki temu, że studiuję fizjoterapię i obracam się na co dzień w środowisku niepełnosprawnych, jest mi dużo łatwiej wyhaczyć kogoś na praktykach czy w ośrodku.

P.K.: Liczyłaś kiedyś, ile nowych osób udało Ci się w ten sposób zrekrutować do klubu?

K.S.: Musiałabym zastanowić się, nie prowadzę bowiem na bieżąco takich statystyk. Muszę się pochwalić, że w ostatnim czasie udało mi się namówić do kajaków Roberta Wyderę, który reprezentuje nasz kraj w siatkówce na siedząco. Robert jest już po pierwszych treningach, za nim również pierwszy start w mistrzostwach Polski w Poznaniu. Czas pokaże, co z tego wyniknie.

P.K.: Często spotykasz się z odmową?

K.S.: Są tacy, co w ogóle nie chcą słyszeć o sporcie. Szukają milionów wymówek, boją się wyjść do świata i ludzi, by spróbować czegoś nowego. Oczywiście w takich sytuacjach zawsze powtarzam: nic na siłę. To jest przecież ich życie i mają pełne prawo przeżyć je po swojemu.

P.K.: „Zawsze dąż do wyznaczonych celów”. Z takimi słowami starasz się iść z podniesioną głową przez życie. Jakie są zatem Twoje najbliższe plany?

K.S.: Pod koniec sierpnia w Portugalii wystartuję w mistrzostwach świata. Chciałabym ukończyć ten wyścig na jednej z czołowych pozycji. Kolejny sezon będzie decydujący, jeśli chodzi o przepustki do igrzysk. Bezpośredni awans do Tokio uzyska pierwsza szóstka z finału każdej konkurencji. Tak się złożyło, że na cztery tygodnie przed tymi zawodami czekać mnie będzie obrona pracy magisterskiej, a dwa weekendy później będę się bawić na swoim weselu. Wierzę, że wszystko pójdzie po mojej myśli i już w przyszłym roku jako szczęśliwa mężatka i pani magister będę mogła świętować przepustkę na igrzyska. Moim wielkim marzeniem jest sięgnąć w Japonii po medal.

P.K.: Rozmyślasz już czasami o tych igrzyskach czy jest to jeszcze dla Ciebie odległa perspektywa?

K.S.: Na chwilę obecną staram się o tym nie myśleć. Chcę mieć najpierw stuprocentową pewność, że tam lecę, a dopiero później będę wizualizowała sobie całą resztę 🙂

————

Fot.: Prywatne archiwum Katarzyny Sobczak. Zapraszamy do śledzenia sportowych poczynań naszej zawodniczki na oficjalnym profiu na Facebooku.

Podziel się:
Oceń ten wpis
Brak komentarzy

Zostaw komentarz