Świat, w którym na co dzień żyje nasz kolejny bohater, pozbawiony jest dźwięków. Choć Artur nie słyszy od urodzenia, nie stanowi to dla niego problemu w rywalizacji ze słyszącymi zawodnikami. Woda to jego żywioł, w środowisku tym czuje się najlepiej. Zresztą wystarczy tylko spojrzeć na kolekcję jego medali, by zrozumieć, że nie są to słowa rzucane na wiatr. A tych z każdym rokiem przybywa. Zachęcamy do przeczytania rozmowy z Arturem Pióro, mistrzem olimpijskim w pływaniu, który z zakończonych niedawno w Samsunie igrzysk Głuchych powrócił z trzema krążkami.

Paulina Królak: Dwa tygodnie temu zakończyły się letnie igrzyska w Samsunie, podczas których udało Ci się wywalczyć trzy medale. Jak oceniasz swój występ w tych zawodach?

Artur Pióro: Przez ostatnie cztery lata pracowałem bardzo ciężko, by najwyższa forma przyszła właśnie na igrzyska olimpijskie w Samsunie. Pływanie niesłyszących stoi bowiem na bardzo wysokim poziomie sportowym. Praktycznie cała światowa czołówka plasuje się w swoich krajach na czołowych miejscach wśród osób pełnosprawnych (słyszących). Ja również w mistrzostwach Polski zająłem wysokie lokaty. Na 1500 metrów stylem dowolnym byłem jedenasty, na dystansie 400 metrów kraulem sklasyfikowany zostałem natomiast na 15. miejscu. Najbardziej zadowolony jestem ze swojego startu w olimpijskim finale 400 metrów stylem dowolnym, w którym udało mi się poprawić rekord Europy i sięgnąć po srebrny medal. Nieco skomplikowały się moje starty na 200 i 1500 metrów. Eliminacje na obu dystansach rozgrywane były tego samego dnia, obie konkurencje musiałem więc popłynąć bardzo mocno, by znaleźć się w finale. Do tego doszła jeszcze sztafeta. W finale 200 metrów, mimo że odczuwałem zmęczenie, pobiłem rekord Polski. Do podium zabrakło niewiele. Dzień przed finałem 1500 metrów miałem natomiast zatrucie pokarmowe. Lekarze robili wszystko, by postawić mnie na nogi. Walka o medale następnego dnia była bardzo zacięta, dlatego cieszę się, że pomimo takich problemów udało mi się dopłynąć do ścianki na trzeciej pozycji. W wyścigu tym Japończyk ustanowił nowy rekord świata, drugi na finiszu Włoch wymazał zaś z tabel poprzedni rekord Europy. Po trzeci krążek, również brązowy, sięgnąłem wraz z kolegami ze sztafety 4×200 metrów w stylu dowolnym. Tym medalem sprawiliśmy kibicom miłą niespodziankę. Z ręką na sercu mogę więc powiedzieć, że jestem w pełni usatysfakcjonowany wynikami, jakie osiągnąłem w Samsunie, gdyż poza trzema lokatami na podium udało mi się także dwukrotnie zająć piątą pozycję w wyścigach na 100 i 200 metrów kraulem oraz czwarte miejsce w finale sztafety dowolnej 4×100 metrów.

P.K.: Nie słyszysz od urodzenia. Czy w Twojej rodzinie są osoby, które również nie słyszą?

A.P.: To prawda, nie słyszę od urodzenia. Do uszkodzenia nerwu słuchowego doszło u mnie podczas porodu. W mojej rodzinie poza mną pozostali członkowie słyszą normalnie. Z tego też powodu czasami pojawiają się problemy z komunikacją. Na szczęście jakoś dajemy sobie radę.

P.K.: Wiele osób posiadających dzieci z różnymi dysfunkcjami – narządu wzroku, słuchu czy też ruchu – stosuje wobec nich taryfę ulgową i stara się wyręczać je w wielu czynnościach. W ten sposób, często nawet nieświadomie, krzywdzą swoje dziecko. Czy Twoi rodzice ze względu na fakt, że nie słyszysz, traktowali Cię jakoś wyjątkowo?

A.P.: Moi rodzice od samego początku dążyli do tego, abym w dorosłym życiu stał się jak najbardziej samodzielny. Nie stosowali wobec mnie żadnej taryfy ulgowej. W wieku trzech lat zostałem przez nich rzucony na głęboką wodę i zapisali mnie do przedszkola uczęszczanego przez dzieci słyszące. Było mi bardzo ciężko się tam odnaleźć. Na początku do przedszkola chodziłem z mamą, która stopniowo ograniczała swoją obecność, aż w końcu zostałem sam. Rodzicom bardzo zależało, żebym zaczął pracować nad mową, dlatego też po pewnym czasie przenieśli mnie do przedszkola integracyjnego, przy którym znajdowały się także szkoła podstawowa, gimnazjum i liceum. W przerwie między szkołą i treningami uczestniczyłem w zajęciach prowadzonych przez logopedę, żeby doskonalić mowę. W wieku 9 lat sam zacząłem wyjeżdżać na zgrupowania. Rodzice mieli obawy, czy będę w stanie odnaleźć się w grupie zawodników słyszących. W tamtym czasie nie było jeszcze telefonów komórkowych i podczas takich wyjazdów kontakt z rodzicami był utrudniony. Był co prawda trener i koledzy z klubu, którzy zawsze służyli pomocą, ale radzić tak naprawdę musiałem sobie sam. Dzięki sportowi i takim właśnie sytuacjom ukształtowały się moja osobowość i charakter. Pomimo przeciwności, z jakimi zmuszony jestem każdego dnia walczyć, nauczyłem się dążyć do wyznaczonych celów. Duża w tym zasługa moich rodziców, którzy do tej pory starają się jak najmniej ingerować w moje życie. Od czterech lat mieszkam sam, na co dzień towarzyszy mi pies Alex (owczarek niemiecki), który jest moim przyjacielem. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że moja niepełnosprawność w życiu codziennym bywa czasami uciążliwa. Nie wszyscy znają przecież język migowy, a moja mowa nie jest w pełni zrozumiała, dlatego na przykład wszelkiego rodzaju sprawy urzędowe zmuszony jestem załatwiać z rodzicami.

P.K.: Z pływaniem związany jesteś już od wielu lat. Opowiedz o swoich początkach z tą dyscypliną.

A.P.: Pływam już od 7 roku życia. Wszystko zaczęło się od choroby serca mojego dziadka, któremu lekarz zalecił właśnie tę formę aktywności fizycznej. Na basen chodziliśmy więc razem. Byłem bardzo ruchliwym dzieckiem, nie bałem się wody. Dla dziadka każde takie nasze wspólne wyjście wiązało się ze stresem, bo cały czas musiał mnie pilnować. W końcu padł pomysł, by zapisać mnie na naukę pływania. I wtedy pojawił się problem, bo trenerzy ze względu na to, że nie słyszę, bali się ze mną pracować. Tego wyzwania podjął się dopiero Grzegorz Hoffman, mój pierwszy trener, który już po pierwszych dziesięciu lekcjach wezwał do siebie moich rodziców, by powiedzieć im następujące słowa: „Drodzy Państwo, Artur już po 10 lekcjach potrafi pływać wszystkimi stylami, doskonale czuje wodę i widziałbym go w naszym Klubie Pływackim”. Tak oto zaczęła się moja kariera pływacka. Swój pierwszy medal zdobyłem, gdy miałem 9 lat. Wystartowałem wówczas w Lidze Klubów Śląskich 10-latków. W rywalizacji na dystansie 100 metrów stylem dowolnym sięgnąłem po brąz. Początkowo nie chciano mi wręczyć tego medalu, gdyż pływałam poza konkurencją, miałem 9 lat, a w zawodach uczestniczyli 10-latkowie. Na prośbę mojego trenera sędziowie zadecydowali, że jednak otrzymam ten medal i dyplom. Pamiętam, że rodzice i dziadkowie płakali wtedy ze szczęścia. Z czasem kolekcja tych krążków stawała się coraz większa.

P.K.: Jak wygląda Twój zwykły dzień treningowy? Ile godzin przebywasz w basenie i jakie ćwiczenia wtedy wykonujesz?

A.P.: Mam 26 lat, dla pływaka jest to już poważny wiek. Dyscyplinę, którą uprawiam, traktuję jak mój zawód. Każdy dzień rozpoczynam pobudką o 5:15. Jem lekkie śniadanie, przygotowuję cały sprzęt do treningu, wychodzę z psem na krótki spacer i wyjeżdżam na trening. Na co dzień mieszkam w Sosnowcu, a trenuję w Katowicach. Dojazd na basen zajmuje mi ok. 25 minut. Trening rozpoczynam o 6:15, a kończę o 8:00. Potem jeszcze przez godzinę ćwiczę na siłowni i około 11:00 jestem w domu. Po powrocie przygotowuję sobie obiad, ponownie wychodzę z psem na spacer, zdarza się też, że biegam. Około 13:30 wyjeżdżam na drugi trening. Pół godziny później rozgrzewam się i pływam do 17:30. W domu jestem o 18:00. W ciągu jednego dnia przepływam około 15 kilometrów. Jeżeli nie mam w planach żadnych zawodów, to niedziela jest dniem przeznaczonym na odpoczynek. Trening pływacki, który rozpisuje mój trener, uzależniony jest od tego, do jakich zawodów przygotowuję się w danym momencie. Raz jest to trening szybkościowy, innym razem wytrzymałościowy czy długodystansowy. Od rodzaju treningu uzależnione są zadania, które trzeba wykonać zarówno na lądzie jak i w wodzie. W trakcie treningu ćwiczę pływanie pod wodą, doskonalę nawroty i technikę danego stylu, dużą uwagę przykładam także do techniki oddechu. W wodzie trzeba skoordynować też pracę nóg, rąk i głowy. Pływanie wymaga również matematycznego myślenia. Płynąc na przykład na plecach trzeba obliczyć, ile ruchów rąk należy wykonać, by od chorągiewek dopłynąć do ściany i wykonać poprawnie nawrót.

P.K.: Jak przygotowujesz się do startów w ważnych zawodach (mistrzostw świata i Europy, igrzysk olimpijskich)?

A.P.: Starty w takich zawodach jak mistrzostwa Polski, Europy czy też świata traktowane są przeze mnie i mojego trenera jako przygotowujące i sprawdzające przed docelową imprezą – igrzyskami olimpijskimi. W trakcie takich zawodów sprawdzamy moją dyspozycję, a także skupiamy się nad tym, co należy poprawić i nad czym należy jeszcze popracować. Przed każdą imprezą mistrzowską wyjeżdżamy na zgrupowania kadry narodowej, podczas których szlifujemy formę. Aby być w mistrzowskiej formie, muszę się odpowiednio odżywiać, by utrzymać stałą wagę. Co pół roku wykonywane mam szczegółowe badania lekarskie. Po treningach i zgrupowaniach o stan moich obolałych mięśni dba masażysta. Takie zgrupowania są ciężkie dla mnie nie tylko pod względem fizycznym. W tak intensywnym dla mnie czasie bardzo rzadko widuję się z rodzicami, w swoim mieszkaniu też bywam gościem.

P.K.: W jaki sposób podczas treningów komunikujesz się z Markiem Jabczykiem, swoim trenerem?

A.P.: Mojego trenera, Marka Jabczyka, traktuję jak drugiego ojca. Znamy się już 15 lat. Mam z nim wspaniałe relacje i bardzo go szanuję. W trakcie treningu komunikujemy się ze sobą za pomocą gestów. Przez tyle lat przebywania razem trener nauczył się podstaw języka migowego. Ja sam natomiast potrafię czytać z ruchu warg, umiejętność tę opanowałem do perfekcji. Czasami trener posiłkuje się tablicą lub kartką papieru i rozpisuje mi na nich cały trening. Jestem już bardzo doświadczonym zawodnikiem i wszystkie wykonywane ćwiczenia znam praktycznie na pamięć, dlatego po minie trenera potrafię rozszyfrować, co zrobiłem źle, a co dobrze.

P.K.: Dla sportowców doba licząca 24 godziny często wydaje się za krótka. Jak spędzasz wolny czas, kiedy nie masz akurat treningów i zawodów?

A.P.: Wolnego czasu mam bardzo mało, ale jeśli uda mi się już znaleźć kilka chwil na relaks, to staram się spędzać je z kolegami i rodziną. Pasjonuję się sportami motorowymi. Uwielbiam jeździć terenowymi samochodami typu off-road, quadami, skuterami wodnymi i śnieżnymi. Moim marzeniem jest uzyskanie pozwolenia na prowadzenie motorówek. Muszę tylko dowiedzieć się, czy osoby niesłyszące mogą uczestniczyć w takim kursie. Interesuję się także innymi dyscyplinami: piłką nożną i ręczną, siatkówką czy lekkoatletyką. Bardzo często zdarza mi się z tatą zasiadać przed telewizorem i kibicować polskim zawodnikom.

P.K.: Czytałam na Twojej stronie, że jesteś posiadaczem ponad 300 różnych rekordów. Skąd czerpiesz motywację do poprawiania kolejnych wyników?

A.P.: Współczesny sport jest tak skonstruowany, że jeśli się nie rozwijasz i nie bijesz rekordów, to praktycznie nie masz szans na medale. Wystarczy prześledzić wyniki z ostatnich igrzysk olimpijskich, by móc zauważyć, że każdy, kto stawał w Samsunie na podium, ustanawiał przy okazji nowy rekord kraju, Europy, świata czy też rekord olimpijski. Ja na przykład, zanim sięgnąłem po srebro na 400 metrów stylem dowolnym, w okresie przygotowawczym dwukrotnie poprawiałem na tym dystansie rekord Starego Kontynentu. Podczas igrzysk w Samsunie zrobiłem to po raz trzeci. Jako zawodnik czuję się spełniony. W trwającej wiele lat karierze osiągnąłem praktycznie wszystko, w kolekcji mam nawet medale mistrzostw Polski osób słyszących. Moim marzeniem jest, aby reprezentacja Polski osób niesłyszących w pływaniu, której jestem kapitanem, stała się światową potęgą. Właśnie to stanowi dla mnie największą motywację do jeszcze cięższej pracy.

 

P.K.: Niemal każdy zawodnik ma swojego sportowego idola, na którym stara się wzorować. Kto jest dla Ciebie inspiracją i za co tę osobę podziwiasz?

A.P.: Moim wzorem do naśladowania jest wspaniały amerykański pływak Michael Phelps. To niesamowicie ambitny zawodnik, najbardziej utytułowany sportowiec w historii igrzysk olimpijskich. W ubiegłym roku podczas igrzysk w Rio de Janeiro powiększył swój medalowy dorobek o kolejne trofea, choć mało kto na niego wtedy stawiał. Nie był już przecież pierwszej młodości sportowcem. Wszystkim niedowiarkom pokazał, że nawet mając 31 lat, wciąż można stawać na podium. Dziś Phelps może się poszczycić imponującą olimpijską kolekcją składającą się z 28 elementów, w tym 23 ze złota. Jego postawa daje mi siłę i motywację, by wciąż walczyć i zdobywać medale, mimo że sam mam już przecież 26 lat.

P.K.: Jakie masz kolejne sportowe cele i marzenia?

A.P.: Moim marzeniem jest zostać trenerem dzieci niesłyszących, a jeśli będzie taka możliwość… to z chęcią podejmę się pracy z dziećmi słyszącymi. Jeśli chodzi natomiast o sportowe cele, to za cztery lata czekać nas będą kolejne igrzyska, które odbędą się w Dubaju bądź Los Angeles. Będę miał wtedy 30 lat i już teraz zdaję sobie sprawę, że z powodu wieku może mi być trudniej walczyć o medal. Nie wiem, na jakich dystansach wtedy popłynę, musimy tę kwestię omówić jeszcze z trenerem. Mam nadzieję, że będę w stanie wspomóc wtedy naszą męską sztafetę. Najbliższe plany to start w mistrzostwach Europy, które już za rok odbędą się przed polską publicznością w Lublinie. Liczę na pełne trybuny. Mam też nadzieję, że zawody te będą się cieszyć większym zainteresowaniem mediów. Dzięki ich zaangażowaniu w promocję tej imprezy niesłyszący pływacy mieliby szansę opuścić świat ciszy, w jakim żyją na co dzień. Na chwilę obecną jesteśmy bowiem bardziej rozpoznawalni za granicą niż w swoim kraju. Najwyższy zatem czas to zmienić.

————

Fot.: Prywatne archiwum zawodnika.

Jeśli chcielibyście śledzić na bieżąco przygotowania Artura do startów w najważniejszych zawodach, zapraszamy na jego oficjalną stronę na Facebooku.

P.S. A tak się zdobywa olimpijskie medale w Samsunie 🙂

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here