Przerwany rdzeń kręgowy i wózek inwalidzki były jednymi z pierwszych słów, jakie padły z ust lekarzy po ratującej mu życie operacji. Większość osób po takiej wiadomości z pewnością zamknęłoby się w czterech ścianach swojego domu. Bohater mojej kolejnej rozmowy postanowił przyjąć jednak zupełnie inną taktykę. Tam, gdzie inni widzieli problemy, on dostrzegł możliwości. Michał nie zrezygnował z siebie i wciąż podróżuje, odkrywa i marzy – o własnej rodzinie, pełnym pasji życiu oraz igrzyskach paraolimpijskich, najlepiej już w Tokio, do którego zamierza dotrzeć na trzykołowym rowerze z ręcznym napędem potocznie nazywanym handbike’iem (czyt. hendbajkiem).

Droga do Tokio wiedzie przez… Dubaj. Tu podczas jednego z treningów

Paulina Królak: Zerozalamki.pl – pod takim adresem funkcjonuje w sieci Twoja oficjalna strona internetowa. Skąd wziął się pomysł na taką nazwę?

Michał Żyliński: Pomysł na „Zero Załamki” zrodził się w głowach moich przyjaciół, gdy przez kilka miesięcy leżałem przykuty do szpitalnego łóżka zdany wyłącznie na pomoc otaczających mnie osób. Odwagę oraz waleczność od urodzenia miałem we krwi. Z każdej (wydawać by się mogło nawet najbardziej krytycznej) sytuacji starałem się znaleźć takie rozwiązanie, które przekułoby napotkaną trudność w sukces. Ideologia, z którą tak mocno utożsamiałem się jeszcze przed wypadkiem, po wypadku stała mi się jeszcze bliższa.

Za „Zero Załamki” kryje się również nazwa sportowego klubu powstałego z myślą o rozwoju mojej sportowej kariery. Z grupą znajomych podobnie jak ja kierujących się w życiu tą zasadą stworzyliśmy zespół, którego głównym zadaniem będzie integrowanie poprzez sport przenikających się na co dzień środowisk osób pełno- i niepełnosprawnych.

P.K.: O jeden zjazd za daleko. Tak zatytułowany mógłby zostać film dokumentalny, którego główny bohater – młody chłopak z głową pełną planów na przyszłość – w wyniku niefortunnego upadku na stoku doznaje porażenia czterokończynowego. Często wracasz wspomnieniami do wydarzeń sprzed blisko trzech lat?

M.Ż.: Miewałem takie dni, że powracałem do nich myślami, gdyż nie sposób jest przejść obojętnie obok splotu zdarzeń, na skutek których praktycznie z dnia na dzień stałem się niepełnosprawnym człowiekiem. Mimo że część ran do dziś nie zdołała się zabliźnić, to starałem się nie doszukiwać na siłę przyczyn zaistniałej sytuacji. Wychodzę z założenia, że nie warto tracić czasu na analizowanie przeszłości, na którą i tak nie ma się żadnego wpływu. Zdecydowanie lepszym rozwiązaniem jest ukierunkować całą swoją energię na przyszłość, gdyż tylko w taki sposób odnaleźć można swój klucz do szczęścia.

P.K.: Co w tamtym momencie, gdy leżałeś na szpitalnym łóżku, dawało Ci największą siłę?

M.Ż.: Wizja poradzenia sobie po wypadku. Nie bałem się wyjść poza swoją strefę komfortu i właśnie takie nastawienie pozwoliło mi odnaleźć się w zupełnie nowej dla mnie rzeczywistości, pełnej dotąd mi nieznanych problemów i barier – nie tylko tych architektonicznych. Uwierzyłem, że pomimo tak dużej niepełnosprawności wciąż mogę wieść życie pełne pasji. Przed wypadkiem byłem bardzo aktywnym człowiekiem. Grałem w siatkówkę, latałem w tunelu aerodynamicznym, fascynowały mnie wakeboard oraz snowboard, przez który dziś poruszam się na wózku. Nie potrafiłem wyobrazić sobie swojego życia bez aktywności fizycznej, dlatego będąc jeszcze w szpitalu skupiłem się na poszukiwaniach idealnej dla siebie dyscypliny, która wypełniłaby lukę po dotychczasowych aktywnościach.

P.K.: I tę lukę udało Ci się wypełnić, a nową pasją stał się handbike – trzykołowy rower, który napędzany wyłącznie siłą rąk potrafi rozwinąć prędkość do kilkudziesięciu kilometrów na godzinę. Dlaczego właśnie ta dyscyplina?

M.Ż.: O jej wyborze poniekąd zadecydował przypadek. Mój pobyt w szpitalu był bardzo długi i skomplikowany, trwał niemal dziewięć miesięcy. Los tak chciał, że właśnie w trakcie tego pobytu biało-czerwoni rywalizowali w Rio de Janeiro o medale igrzysk paraolimpijskich. Poprzez śledzenie po trochu każdej z dyscyplin szukałem dla siebie możliwości. Wtedy też usłyszałem o Rafale Wilku, który w Brazylii po raz trzeci w karierze został mistrzem paraolimpijskim w kolarstwie ręcznym. Zaimponowały mi jego sukcesy. Wtedy też zrozumiałem, że handbike jest właśnie tym, czemu chciałbym podporządkować całe swoje nowe życie. Od samego początku bowiem nastawiony byłem na niezależność, stąd też sporty zespołowe zupełnie nie wchodziły w rachubę. Chciałem mieć tę elastyczność, jeśli chodzi o treningi czy wyjazdy, gdyż na tamten moment nie miałem jeszcze sprecyzowanych planów dotyczących miejsca zamieszkania. Przez kilka lat wiodłem szczęśliwe i dostatnie życie w Dubaju, a wiążąc swoją sportową przyszłość z rywalizacją w drużynie skazany byłbym na całkowite „uziemienie”, na przykład w jednym miejscu w Polsce.

Bez względu na pogodę – trening musi być zrobiony 🙂

P.K.: Początki w tej dyscyplinie z pewnością nie należały do najłatwiejszych. Jakim przeciwnościom zmuszony byłeś stawić czoła?

M.Ż.: Przyjąłem taktykę, by skupiać się raczej na znalezieniu sposobu pozwalającego na sprawne wybrnięcie z problematycznych sytuacji. Kolarstwo ręczne było dla mnie czymś zupełnie nowym i w pierwszej kolejności musiałem „poczuć” ten sport poprzez bliższe zapoznanie się z samym rowerem. Takie najprostsze rzeczy dotyczące konstrukcji handbike’a na początku stanowiły dla mnie jedną wielką niewiadomą. Przerażały mnie wszelkie kwestie techniczne, z czego taki rower jest zbudowany, bądź jak należy się zachować, kiedy coś działa nie tak, jak powinno.

Druga równie ważna kwestia spędzająca mi sen z powiek dotyczyła logistyki. Żeby dotrzeć z Trzcianki na odbywające się w Wiśle obozy, trzeba było przejechać pół Polski. Przez pewien czas po opuszczeniu szpitala nie korzystałem z samochodu, więc podróżowałem środkami transportu publicznego. Po drodze czekały mnie przesiadki, co przy towarzyszącym mi zawsze wielkim bagażu (wózek, plecak, walizka i rozkręcony na dwie części rower) nie było rzeczą prostą. Miało to jednak swoje plusy, bo dzięki temu znałem na pamięć rozkłady jazdy wszystkich pociągów.

P.K.: A jeśli chodzi o same treningi?

M.Ż.: Tu sprawa była oczywista, ponieważ kolarstwo to dyscyplina bazująca przede wszystkim na wydolności oraz sile fizycznej organizmu, a te cechy z kolei wypracować można wyłącznie poprzez odpowiednią ilość wykręconych na rowerze kilometrów oraz odpowiednio zaplanowane treningi. Choć miałem świadomość tego, co mnie czeka, to nie bałem się ciężkiej pracy. Żeby stopniowo  wprowadzić się w świat kolarstwa, początkowo organizowałem sobie krótsze wypady w teren, nieprzekraczające z reguły 20 kilometrów. Jednak już po niespełna dwóch tygodniach od rozpoczęcia treningów zaliczyłem pierwsze w życiu półmaratony, najpierw w Warszawie, a potem w Krakowie. Stanowiły one świetną okazję do poznania środowiska parakolarskiego w Polsce. Otrzymałem wówczas kilka cennych rad, które zmobilizowały mnie do narzucenia sobie jeszcze większego tempa. Kiedy zaczynałem stopniowo wskakiwać na coraz to wyższe obroty, niespodziewanie zaatakowała infekcja bakteryjna, która na dwa tygodnie wycięła mnie z treningów. Po jej podleczeniu już regularnie jeździłem po 40-50 km, co zaowocowało we wrześniu ubiegłego roku dwoma srebrnymi medalami mistrzostw Polski.

P.K.: Te z kolei zawisły na Twojej szyi po zaledwie sześciu miesiącach regularnych treningów i półtora roku po wypadku. Jaką wartość mają dla Ciebie te srebra, mając na uwadze fakt, że w tym roku udało Ci się powtórzyć ten wyczyn?

M.Ż.: Każdy z tytułów wicemistrza Polski ma dla mnie inną wartość i zupełnie inaczej patrzę na nie z perspektywy czasu. W ubiegłym roku takie wyniki bez wątpienia można było uznać za sukces, ponieważ nie każdemu zawodnikowi z zaledwie kilkumiesięcznym doświadczeniem na szosie w debiutanckim sezonie udaje się wskoczyć na podium. Jak wiadomo apetyt rośnie w miarę jedzenia, dlatego w tym sezonie nosiłem się z zamiarem poprawienia swoich pozycji. Nie wszystko jednak ułożyło się po mojej myśli. Ciągnąca się za mną od wielu miesięcy kolejna infekcja znacząco pokrzyżowała moje plany startowe. Nie trafiłem z formą, wykręcane przeze mnie czasy również pozostawiały wiele do życzenia. Gdybym walkę o złoto mistrzostw Polski przegrał po dobrej jeździe, to satysfakcja z tych srebrnych medali z pewnością byłaby większa.

Debiut w Pucharze Świata zaliczony! Ostenda 2018

P.K.: Kolejną (chyba najcenniejszą) nagrodą za wyjeżdżone na rowerze godziny okazało się być powołanie do kadry narodowej. Czym jest dla Ciebie start z orzełkiem na piersi?

M.Ż.: Jest to wielki honor wiążący się jednocześnie z wielką odpowiedzialnością. Świadomość tego, że mam możliwość reprezentowania naszego kraju w międzynarodowej rywalizacji, działa na mnie niezwykle mobilizująco. Wierzę, że w przyszłości uda mi się zapisać cząstkę siebie na kartach historii polskiego sportu. Byłaby to znakomita forma podziękowania dla wspierających mnie na co dzień osób, w szczególności dla kibiców za doping, którego sam zresztą staram się nie żałować podczas śledzenia wielu zawodów z udziałem biało-czerwonych.

P.K.: Podczas otwierającego ten sezon Pucharu Świata w Ostendzie oficjalnie zadebiutowałeś na międzynarodowej arenie. Przy okazji mogłeś przekonać się, ile tak naprawdę dzieli Cię od najlepszych. Jaka zatem jest to różnica?

M.Ż.: W wyścigach, w których było mi dane wystartować, śmiało można użyć określenia „przepaść”. Mówię tu oczywiście o pierwszej ósemce, gdyż dzielący mnie właśnie od nich dystans stanowi najlepszy wyznacznik prezentowanego przeze mnie obecnie poziomu. Wspomniana choroba skutecznie wybiła mnie z rytmu treningowego, nie pozwalając na pełne rozwinięcie skrzydeł. Nie jestem więc w stanie obiektywnie stwierdzić, ile brakuje mi jeszcze do najlepszych. Być może odpowiedź na to pytanie poznam już w następnym sezonie, jednak aby było to możliwe, w pierwszej kolejności muszę skupić się na podreperowaniu swojego zdrowia. Moim celem bowiem jest osiągnięcie takiego poziomu sportowego, który umożliwiłby mi walkę o najwyższe cele.

P.K.: Jak w takich okolicznościach zapamiętasz swój udział w sierpniowych mistrzostwach świata w Maniago, gdzie pogoda okazała się nie być sprzymierzeńcem zawodników w walce o medale?

M.Ż.: To prawda, aura nas nie rozpieszczała. Upały przekraczające 30 stopni Celsjusza plus do tego spora wilgotność powietrza sprawiły, że na trasie było trudniej niż zazwyczaj. Dla mnie takie warunki okazały się być szczególnie ekstremalne, gdyż jako tetraplegik mam zaburzoną termoregulację. Po kilka razy dziennie brałem więc lodowate kąpiele, by w ten sposób zbić temperaturę nagrzanego niczym kaloryfer ciała. Ku uciesze chyba wszystkich zawodników godzinę przed naszym startem nad Maniago przeszła gwałtowna ulewa, która obniżyła temperaturę powietrza o kilka kresek. Dzięki temu udało mi się dojechać do mety z dobrym czasem na dziesiątej pozycji, a przy okazji też zdobyć swoje pierwsze w karierze punkty zaliczane do rankingu UCI. W starcie wspólnym natomiast nie czułem się najlepiej. Jazda w rozpalonym słońcu w pakiecie z gorączką były ostatnimi rzeczami, o jakich marzyłem. Mając świadomość tego, że nie zdołam poprawić w wyścigu swojego miejsca, jedyną rozsądną decyzją było wycofanie się z rywalizacji.

P.K.: Czy pomimo wciąż jeszcze krótkiego stażu w ściganiu się na szosie jesteś w stanie powiedzieć, która z konkurencji – czasówka czy start wspólny –  stanowić będzie najlepszą wizytówkę Twojej osoby?

M.Ż.: Tak naprawdę jest jeszcze zbyt wcześnie na jednoznaczne określenie, w czym mógłbym się specjalizować. Wciąż znajduję się na etapie poznawania możliwości swojego organizmu oraz możliwości samego roweru, dlatego staram się równolegle ciągnąć przygotowania pod obie konkurencje.

P.K.: O handbike’ach nie bez powodu mówi się, że są to małe bolidy F1, bowiem jakość używanego sprzętu ma ogromne przełożenie na końcowy wynik na mecie. Jak pod względem technologicznym Twój rower prezentuje się na tle rywali?

M.Ż.: To rower z najwyższej półki wykonany z włókna węglowego (karbonu). W zasadzie cała czołówka światowa ściga się na handbike’ach z tego tworzywa. Kolarstwo ręczne jest takim sportem, w którym bardzo duże znaczenie odgrywa waga, zarówno zawodnika jak i używanego przez niego sprzętu, dlatego chcąc myśleć o dobrych wynikach trzeba mocno popracować nad swoim ciałem i przy okazji też zainwestować w świetnej jakości, lekki sprzęt. Sporą rezerwę wciąż jeszcze widzę w kołach będących jedynym elementem roweru niewykonanym z karbonu. W najbliższym czasie, o ile tylko finanse na to pozwolą, przewiduję ich wymianę.

P.K.: W tym momencie poruszyłeś niezwykle ważną kwestię stanowiącą barierę wejścia w ten sport, czyli pieniądze. Kilkadziesiąt tysięcy złotych, jakie trzeba wyłożyć już na samym początku, to spora kwota. Skąd pozyskujesz środki na uprawianie tej dyscypliny?

M.Ż.: Na początku nie sposób nie wspomnieć i nie podziękować Fundacji Poland Business Run, która pomogła mi sfinansować zakup pierwszego roweru. Dzięki zainteresowaniu z ich strony mogłem bardzo szybko rozpocząć treningi. Również bez wsparcia sponsorów czy mojej rodzinnej Trzcianki, którzy wzięli na siebie część kosztów związanych z przygotowaniami i wyjazdami na zawody, nie miałoby prawa się to udać. Dodatkowo założone mam konto na platformie crowdfundingowej www.patronite.pl łączącej osoby z pomysłem na życie z tzw. patronami. Dzięki tej stronie udało mi się skupić wokół swojej osoby grono patronów, którzy co miesiąc przelewają na konto różne kwoty. Wpłaty te wciąż stanowią jedynie kroplę w morzu potrzeb, dlatego wiele działań zmuszony jestem pokrywać z tego, co zarobię w ramach działalności gospodarczej ukierunkowanej na promocję zdrowego stylu życia.

Na mistrzostwach świata w kolarstwie szosowym (Maniago 2018), pierwszych w karierze! Na zdjęciu z kolegami z reprezentacji, Rafałem Wilkiem oraz Krystianem Gierą

P.K.: Biznes to Twoja kolejna wielka pasja, którego tajniki przez pięć lat miałeś okazję zgłębiać w Dubaju. Czym tam się zajmowałeś?

M.Ż.: Pracowałem dla międzynarodowej organizacji AIESEC, którą zarządzałem tam przez rok. W tym czasie kultura Bliskiego Wschodu zafascynowała mnie do tego stopnia, że postanowiłem pozostać tam na dłużej. Byłem głodny wiedzy, chciałem się rozwijać i uczyć od najlepszych, dlatego po upływie rocznej kadencji w strukturach AIESEC znalazłem pracę w obszarze związanym ze sprzedażą oraz zarządzaniem eventami. Przez kilka kolejnych lat pracowałem w grupie medialnej oraz firmie eventowej, w których zarządzałem zarówno sprzedażą B2B jak i organizacją targów, konferencji czy też wydarzeń networkingowych. Zdobyte wówczas umiejętności okazały się być niezwykle przydatne w prowadzonej dziś przeze mnie firmie.

P.K.: Doba w natłoku tylu zajęć nie wydaje się być za krótka?

M.Ż.: Żałuję, że liczy ona tylko 24 godziny. Swój grafik mam wypełniony przeróżnymi obowiązkami od rana do nocy, przez co brakuje mi czasu na rozwijanie innych pasji. Kocham teatr i recytację. W ubiegłym roku na przykład miałem okazję sprawdzić się w tej roli na kilku ogólnopolskich turniejach, jednak ze względu na częste wyjazdy na zgrupowania czy zawody musiałem tę aktywność zaniechać.

P.K.: Jest w takim razie szansa, że zobaczymy Cię w przyszłości na trasie duathlonu? Za Tobą obiecujący debiut w tej dyscyplinie.

M.Ż.: Wszystko zależy od ilości czasu, jakim będę dysponował. W maju tego roku miałem okazję wystartować w największych tego typu zawodach w Polsce ChampionMan Duathlon w Czempiniu, podczas których zostałem wspaniale przyjęty przez kibiców. Jak się później okazało, byłem pierwszym w historii niepełnosprawnym zawodnikiem, który zdecydował się pokonać mierzący 80 kilometrów dystans. Stanowiło to nie lada wyzwanie, gdyż czekało mnie dobrych kilka godzin kręcenia kołem (20 km jazdy wózkiem oraz 60 km na handbike’u).

Na mecie ChampionMan Duathlon w Czempiniu

P.K.: W sportowym środowisku jesteś również znany jako mówca motywacyjny. Jakie wartości starasz się przekazywać swoim słuchaczom podczas takich spotkań?

M.Ż.: By nie czekali na okazję, tylko zakasali rękawy i wzięli sprawy w swoje ręce. Na przykładzie historii, jakiej doświadczyłem, opowiadam im o swoim podejściu do życia i mnożących się na co dzień wyzwaniach, a także o tym, w jaki sposób staram się je rozwiązywać. Chcę takie osoby po prostu zainspirować i pokazać im (choć niektórym naprawdę trudno w to uwierzyć), że poruszając się na wózku można przeżyć życie na własnych warunkach.

P.K.: Które z takich spotkań najbardziej zapadło w Twojej pamięci?

M.Ż.: Pięć miesięcy po wypadku miałem przyjemność wystąpić na wielkim międzynarodowym kongresie AIESEC w Teatrze Narodowym w Warszawie, w trakcie którego przemawiałem do 1500 osób z całego świata. Specjalnie na tę okazję musiałem załatwić sobie specjalną przepustkę ze szpitala. Lekarze początkowo bowiem mieli zastrzeżenia do realizacji tego przedsięwzięcia, gdyż wiązało się ono z podróżą w dwie strony na linii Poznań-Warszawa. Samo wystąpienie było dla mnie czymś niesamowitym. Musiałem chyba zrobić wielkie wrażenie na słuchaczach, skoro po jego zakończeniu część z nich zdecydowała się podejść do mnie, by móc zamienić jeszcze ze mną kilka zdań.

Drugim takim bez wątpienia niezapomnianym wystąpieniem była wizyta w młodzieżowym ośrodku socjoterapii, w którym stanąłem naprzeciw około 70 dziewczyn z trudnych rodzin. To była wrogo nastawiona do całego świata grupa, do której naprawdę trudno było dotrzeć. Kluczowym zadaniem było dla mnie nawiązanie z tymi dziewczynami wspólnego języka, by mogły w końcu wyrzucić z siebie negatywne emocje. Po zakończeniu wykładu okazało się, że była to najaktywniejsza grupa spośród wszystkich, z jakimi miałem sposobność dotychczas pracować. Dziewczyny otworzyły się przede mną, a tyle pytań, ile wówczas zostało przez nie zadanych, z ust moich słuchaczy nie padło nigdy wcześniej.

Miedzynarodowy konges AIESEC w Teatrze Narodowym w Warszawie, podczas którego Michał miał zaszczyt przemawiać do 1500 słuchaczy, będąc zaledwie pięć miesięcy po wypadku

P.K.: Twoja historia bez wątpienia może stać się inspiracją dla osób, które w większym bądź mniejszym stopniu zrezygnowały z siebie i swoich marzeń. A kim lub czym Ty sam starasz się inspirować na co dzień?

M.Ż.: Każdy dzień stanowi dla mnie taki bodziec, by nie stać w miejscu tylko wciąż się rozwijać. W życiu nie ma nic za darmo, dlatego non stop staram się pracować nad własnym charakterem. Z motywacją, by na przykład wstać rano z łóżka, również nie miałem większych problemów. Jak chyba każdy miewałem  w życiu słabsze momenty, jednak nie zważając na okoliczności starałem się zawsze przeć do przodu i iść po swoje.

P.K.: Korzystasz czasem z pomocy psychologów bądź trenerów mentalnych? W dyscyplinie, jaką uprawiasz, wyścig można przegrać bez wychodzenia z hotelowego pokoju.

M.Ż.: Muszę przyznać, że nigdy nie korzystałem z usług takich specjalistów. Kilka lat temu będąc jeszcze na studiach przykładałem ogromną wagę do kształtowania poza umiejętnościami twardymi również umiejętności miękkich, takich jak coaching czy przywództwo. Brałem też czynny udział w różnego rodzaju programach szkoleniowych, z których wiele wyniosłem dla siebie. Jeśli jednak zajdzie taka potrzeba, to nie wykluczam możliwości współpracy z ekspertem w tej dziedzinie.

P.K.: Twoje sportowe plany na kolejne miesiące?

M.Ż.: Zakwalifikowanie się na igrzyska paraolimpijskie w Tokio. Mam pełną świadomość, że jest to bardzo odważna deklaracja, ponieważ kryteria dotyczące awansu na igrzyska są niezwykle restrykcyjne. Wiele będzie zależało od puli punktów i pozycji naszej reprezentacji w rankingu UCI, gdyż na jego podstawie rozdysponowana zostanie maksymalna liczba przepustek dla Polski. Dlatego tak ważne jest, żebyśmy stanowili jedność jako zespół. Moja droga do Tokio wciąż jeszcze jest długa i kręta. Oczywiście zrobię co w mojej mocy, aby jedna z tych nominacji powędrowała do moich rąk, jednak uważam, że jako sportowiec nie powinienem uzależniać swojej kariery wyłącznie od jednej imprezy.

Na Pucharze Świata w belgijskiej Ostendzie. Michał wówczas dwukrotnie sklasyfikowany został na trzynastej pozycji (czasówka oraz start wspólny)

P.K.: Podczas igrzysk paraolimpijskich w Tokio po raz pierwszy w historii zawodnicy z kategorii H1 oraz H2 o medale w indywidualnej jeździe na czas rywalizować będą w dwóch osobnych wyścigach. To dobre posunięcie?

M.Ż.: Zdecydowanie tak, gdyż kolarze z grupy H1 ze względu na m.in. większy ubytek mięśniowy w starciu ze sprawniejszymi zawodnikami z H2 pozostają bezradni w walce o medalowe pozycje. Nasza dyscyplina rozwija się dynamicznie. Każdego roku w sporcie tym pojawiają się nowe twarze, co podnosi ogólny poziom zawodów. Wzrost zainteresowania kolarstwem wśród osób z niepełnosprawnością sprzyja więc podejmowaniu przez Międzynarodowy Komitet Paraolimpijski decyzji, by te kategorie rozgraniczyć i dać w ten sposób szansę bardziej poszkodowanym zawodnikom na realizację swoich sportowych ambicji.

P.K.: „To, jak postrzegamy świat, jest subiektywne. To zdefiniowane jest przez punkt, w którym obecnie siedzimy– tę piękną myśl możemy przeczytać na Twojej stronie. W jakim zatem punkcie znajdujesz się aktualnie?

M.Ż.: Powiedziałbym, że jestem tuż przed niezwykle ważnym krokiem, który przybliżyłby mnie do osiągnięcia kolejnego celu, czyli aktywnego i pełnego pasji życia. Moim marzeniem jest stać się w pełni niezależnym, spełnionym człowiekiem będącym kowalem własnego losu, podobnie jak miało to miejsce przed wypadkiem.

*****

Droga Michała Żylińskiego do Tokio – jak sam podkreśla – wciąż jeszcze jest długa i kręta. Wszystkie elementy układanki dającej mu upragnioną przepustkę na igrzyska paraolimpijskie muszą pasować do siebie idealnie. Można wesprzeć Michała w realizacji tego marzenia. W jaki sposób? Zostając na przykład jego patronem! 🙂 Garść niezbędnych informacji, w jaki sposób tego dokonać, dostępna jest na https://patronite.pl/ZeroZalamki! 🙂
Przy okazji zachęcam również do śledzenia sportowych (i nie tylko!) poczynań Michała w mediach społecznościowych.

Facebook: Zero Zalamki – Michal Zylinski Para-Cycling
Instagram:
zerozalamki

————

Fot.: Prywatne archiwum Michała Żylińskiego.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here