W sporcie najczęściej mierzymy sukcesy w sekundach, metrach oraz punktach. Ale są takie zawody, w których żadne statystyki nie oddają tego, co najistotniejsze. Takie, w których triumfu nie definiuje się miejscem na podium, a już samą obecnością na linii startu. Do nich właśnie należą Invictus Games – igrzyska niezwyciężonych. Ich uczestnicy już dawno stoczyli najważniejszy bój. Nie o medal, lecz o siebie.
Sport bywa często pokazem siły. Podziwiamy doskonałość ciała i umysłu – szybkie nogi, mocne ramiona, wytrenowane mięśnie, przygotowanie mentalne. Są jednak takie sportowe imprezy, w których ciało nie gra pierwszych skrzypiec. W których to, co osłabione, połamane czy zranione staje się fundamentem nowej siły. Invictus Games – igrzyska niezwyciężonych – to multidyscyplinarne wydarzenie, w którym zwycięstwo nie oznacza dominacji nad konkurentami, lecz nad własnymi ograniczeniami. To przestrzeń, która pokazuje, że w człowieku istnieją odwaga i potężna moc, które dosłownie nie znają granic.
Gdy sport staje się drogą powrotu
Invictus Games są międzynarodowymi zawodami sportowymi przeznaczonymi dla żołnierzy i weteranów, którzy w wyniku służby wojskowej doznali poważnych obrażeń fizycznych lub psychicznych. Wielu z nich wróciło z misji wojennych z amputacjami kończyn, urazami kręgosłupa, stwierdzonym zespołem stresu pourazowego, przechodząc w trakcie pełnionej misji przez piekło, którego nie da się opisać słowami. Udział w igrzyskach stanowi dla nich często początek nowego życia. To długotrwały proces powrotu do społeczeństwa oraz odbudowywania wiary w siebie, w swoje marzenia i możliwości, które brutalnie odebrała wojna.
Choć na pierwszy plan zdecydowanie wysuwa się sport, Invictus Games są czymś znacznie więcej niż tylko rywalizacją. Każdy start to osobista opowieść o bólu, stracie, długiej rehabilitacji i mozolnym składaniu siebie na nowo. Nie liczą się perfekcyjnie wyrzeźbione mięśnie ani zapierające dech w piersiach rekordy. Nie ma tu filmowego heroizmu ani triumfalnych okrzyków. Jest za to cichy bohater codzienności – człowiek, który każdego dnia wstaje z łóżka, mimo że ciało odmawia posłuszeństwa. Który mierzy się z demonami wojny i wspomnieniami z frontu. Który zakłada sportowy strój, aby udowodnić sobie, że mimo ran noszonych na ciele i w pamięci nic nie jest w stanie zepchnąć go na margines życia.
Idea, która zmieniła oblicze sportu weteranów
Inicjatorem powstania zawodów Invictus Games był książę Harry, który w przeszłości sam służył w Afganistanie. Po powrocie z misji dostrzegł, jak wielu jego kolegów po fachu na co dzień zmaga się z konsekwencjami wojny w ciszy i samotności, z dala od kamer i zainteresowania mediów. Igrzyska miały być odpowiedzią na tę ciszę, stając się narzędziem służącym rehabilitacji, a także platformą społecznego wsparcia i zrozumienia.
Z roku na rok Invictus Games przyciągają coraz szersze grono uczestników oraz widzów, dogłębnie poruszając serca tych, którzy na co dzień niewiele wspólnego mają ze sportem. Pierwsze igrzyska niezwyciężonych rozegrano we wrześniu 2014 roku w Queen Elizabeth Olympic Park w Londynie. Kolejne edycje wydarzenia odbyły się w Orlando (2016), Toronto (2017), Sydney (2018), Hadze (2022) Dusseldorfie (2023) oraz Vancouver/Whistler (2025).
Polski moment zapamiętany przez świat
Szczególne miejsce w historii Invictus Games zajmuje polski debiut w 2018 roku w Sydney. Był to moment przełomowy – po raz pierwszy na taką skalę polscy weterani mogli pokazać, że mimo traum potrafią powstać jak feniks z popiołów i zawalczyć o swoją przyszłość. Jednym z wydarzeń zapamiętanych przez cały świat był start Jakuba Tynki w kolarskim wyścigu szosowym, podczas którego doznał naderwania mięśnia dwugłowego. W normalnych warunkach wycofanie się byłoby oczywistą decyzją. Tynka jednak postanowił jechać dalej, pedałując praktycznie jedną nogą. Jego zmagania zauważyło dwóch francuskich weteranów, którzy wspólnie, ramię w ramię, doprowadzili go do mety.
Ten obraz – trzech zawodników jadących razem, bez pośpiechu, bez kalkulacji – stał się jednym z najmocniejszych symboli Invictus Games. I właśnie dlatego warto o tych igrzyskach mówić głośno. Nie dla rekordów. Nie dla widowiska. Ale dla prawdy o człowieku, który w najciemniejszych momentach potrafi znaleźć światło – czasem w sobie, czasem w drugim człowieku, który wyciąga do niego rękę i mówi: chodź, razem damy radę.
Invictus Games pokazują, że nie trzeba być w pełni sprawnym, aby być w pełni silnym. Dla wielu zawodników sam udział jest aktem odwagi większym niż niejedna walka stoczona na froncie. Dla widzów natomiast jest to lekcja pokory i prawdy o tym, że najważniejsze bitwy toczą się często z dala od reflektorów – tam, gdzie człowiek mierzy się sam ze sobą. W świecie, w którym często celebruje się jedynie spektakularne sukcesy, Invictus Games przypominają, że prawdziwe zwycięstwa są ciche i głęboko ludzkie.
_____
Fot. Combat Camera Poland st. sierż. Piotr Gubernat


