W tym sezonie nie do końca szczęście nam sprzyjało, ale były momenty, że Michał Gołaś pokazywał jazdę taką, jaką znamy z treningów. Oby tak właśnie było w Cortinie na igrzyskach.
Z Michałem Kłusakiem, trenerem polskiej reprezentacji paralimpijskiej w narciarstwie alpejskim, rozmawia Bartosz Tarnowski
Bartosz Tarnowski: Cztery lata temu wiadomo było, że Michał Gołaś – dziś liczący się w walce o medale w slalomie – już zaznacza swoją obecność w światowej czołówce. Niestety, na drodze do igrzysk w Pekinie stanęły przepisy.
Michał Kłusak: Właśnie, doprecyzowując: problem był z tym, że Michał zaczął jeździć na zawodach najwyższej rangi dopiero w sezonie olimpijskim. Istnieje przepis, który mówi, że trzeba startować co najmniej dwa sezony wcześniej przed igrzyskami, aby móc dostać miejsce dla kraju. Staraliśmy się o tzw. „dziką kartę” ze względu na to, że na dwa miesiące przed Pekinem na mistrzostwach świata zajął on wysokie lokaty – w trzech konkurencjach zajął czwarte miejsce. Niestety, nie udało się, ale pierwsze MŚ i już otarcie się o medal nastrajało optymistycznie na przyszłość.
Jaką drogę przeszedł Michał razem ze swoim przewodnikiem Kacprem Walasem od tamtego czasu?
Przede wszystkim: długą i ciężką. Na pewno zrobili mega postęp, zdobyli też do dziś trzy medale mistrzostw świata. I jak dla mnie – jeżdżą slalom najlepiej ze wszystkich zawodników w stawce Pucharu Świata. Trochę mają jeszcze problem, żeby przełożyć jazdę treningową na zawody, ale czekam na to, co wydarzy się w Cortinie d’Ampezzo.
Czy to właśnie igrzyska są takim miejscem, żeby to wszystko, co się udało wypracować na treningach, przełożyć na idealne dwa przejazdy?
Byłaby to na pewno wisienka na torcie, aczkolwiek każdy start w Pucharze Świata jest dla nas ważny. Wiadomo – wszędzie by się chciało wygrywać. W tym sezonie nie do końca szczęście nam sprzyjało, żeby poskładać w poszczególnych startach te dobre przejazdy, ale były momenty, że Michał pokazywał jazdę znaną z treningów. Oby tak właśnie było w Cortinie.
Dla Michała i Kacpra tą koronną konkurencją jest slalom, czyli ostatnia z rozgrywanych konkurencji – już w dzień ceremonii zamknięcia. Czy to znaczy, że inne będą potraktowane ulgowo, czy też od początku walka pójdzie pełną parą?
Zdecydowałem, że ponieważ Michał swój pierwszy medal na mistrzostwach miał właśnie w w kombinacji alpejskiej – i to również traktujemy jako ważną szansę – to wystartuje także w supergigancie. Traktujemy to jako przetarcie przed kombinacją, w której wiele może się zdarzyć. Jedyny start, jaki w tym sezonie był w Pucharze Świata w kombinacji wygrali właśnie Michał z Kacprem: też mieli dużą stratę właśnie po supergigancie i wszystko odrobili w slalomie.
Co w takim razie będzie priorytetem w tych startach?
Priorytetem jest, żeby spróbowali sił przed slalomem właściwym – kombinacja to jest połączenie supergiganta i slalomu, więc myślę, że to będzie dobra okazja, by poczuć klimat igrzysk. Wiadomo, że już samo założenie numeru startowego ze znakiem igrzysk paralimpijskich, Agitos, robi swoje, więc da im to wyobrażenie o tym, co się będzie działo w ich koronnej konkurencji technicznej.
Patrząc po tegorocznych wynikach PŚ, oprócz Michała Gołasia i jego przewodnika Kacpra Walasa, wśród zawodników z niepełnosprawnością wzroku liczą się trzy nazwiska: Austriak Johannes Aigner, Francuz Hyacinthe Deleplace no i przede wszystkim Włoch Giacomo Bertagnoli. Czy ktoś jeszcze jest wymieniany jako kandydat do medalu?
Zawsze groźni są na pewno Brytyjczyk Neil Simpson oraz Kanadyjczyk Kalle Ericsson – ten ostatni szczególnie w gigancie, ale przecież razem z Włochem Bertagnolim wyprzedzili Michała w slalomie na mistrzostwach świata. Myślę że to oni będą przede wszystkim walczyć o medale.
Czy Bertagnoli, który doskonale zna tę trasę, nie wysuwa się tu na czoło stawki jako faworyt?
My też znamy tę trasę – byliśmy na próbie przedolimpijskiej dwa lata temu. Notabene Michał z Kacprem zajęli w Cortinie trzecie miejsce w Pucharze Świata w slalomie. Cały czas dostosowujemy trening właśnie pod profil tej trasy. Włosi oczywiście znają ją lepiej – jestem przekonany, że mieli tam dodatkowe treningi. To jednak nie zmienia faktu, że Michał i Kacper umieją jeździć szybko – i jak wszystko pójdzie po naszej myśli, to mogą być to bardzo ciekawe zawody.
Czy to właśnie z Włochem są przede wszystkim rachunki do wyrównania?
Z Włochami jest dużo do wyjaśnienia. Wygrać z nimi u nich w domu to na pewno byłoby coś wspaniałego.
Oprócz Michała na paraigrzyskach swój debiut będzie miała jego siostra – 18-letnia Oliwia z przewodnikiem Andrzejem Stasikiem. Jakie cele wyznaczacie sobie z nią na igrzyska? Mimo krótszego stażu, ona również pokazała swoje aspiracje w zawodach PŚ.
Z Oliwią cały czas pracujemy, żeby była coraz szybsza. Niestety nie udało się zdobyć wystarczającej liczby punktów, żeby mogła startować w gigantach w Pucharze Świata. To nam trochę zburzyło plan przygotowań. Niemniej ćwiczymy, a z treningów przed igrzyskami wynika, że Oliwia jest coraz szybsza i coraz lepsza z treningu na trening. Na pewno start na takiej imprezie to będzie dla niej duże przeżycie, ale Oliwia pokazuje, że na zawodach czasami jeździ lepiej niż na treningach – odwrotnie niż Michał – więc może nas jeszcze zaskoczyć.
Oliwię stać na niespodziankę?
Sport, a zwłaszcza rywalizacja na igrzyskach, rządzi się swoimi prawami. Nie zawsze liderzy zdobywają medale, a pretendentów stać na niespodzianki – dużo takich sytuacji było teraz na igrzyskach olimpijskich. Czas pokaże.
Dla obojga naszych reprezentantów i dla ich przewodników jest to pierwszy start na imprezie tego typu skali. Pomiędzy PŚ a igrzyskami jest ogromny skok zainteresowania mediów i kibiców. Jak się do tego przygotowujecie?
Na pewno zainteresowanie nagle robi się dużo większe. Jednak Michał z racji, że już był na trzech zawodach rangi mistrzowskiej i ma sporo doświadczenia ze startów w Pucharze Świata, to jest już bardziej obyty. To też będą dla niego pierwsze igrzyska – ogromna szkoda, że do tego Pekinu nie udało się pojechać, to by było ważne doświadczenie. Ale pracujemy, żeby ta atmosfera ich nie przytłoczyła za bardzo – jedziemy tam też wcześniej żeby się zaklimatyzować, poczuć ten klimat, atmosferę i żeby to nie była dla nich niespodzianka.
Pan też jest olimpijczykiem z Pjongczangu. Czy w ogóle do zawodów takiej rangi da się przygotować mentalnie? Czy też to, czym tak naprawdę są igrzyska, trzeba najpierw poczuć na własnej skórze?
Dla mnie to było mega przeżycie, nieporównywalne z innymi doświadczeniami sportowymi. Sporo nerwów było z kwalifikacjami jak i z samym wyjazdem, więc ja miło wspominam igrzyska, choć kosztowały one dużo stresu. Ta cała otoczka potrafi też mocno rozproszyć. Jednak jest to impreza niespotykana na co dzień, i ta pompa jest ogromna, czasami aż na wyrost.
Jakie pan widzi różnice między światem narciarstwa alpejskiego w jego paralimpijskiej i olimpijskiej odmianie?
Myślę, że w parasporcie trochę więcej jest luzu i współpracy. Nie ma też aż takiego ciśnienia i napinki między zespołami. Nie ma problemu, żeby z każdym teamem potrenować, współpracować czy nawet uzyskać jakąś pomoc. A na samych igrzyskach paralimpijskich jest mniej zawodników, bo jest mniej rozgrywanych dyscyplin sportowych – ale sama organizacja czy zaangażowanie wolontariuszy i przygotowanie trasy jest bardzo bardzo podobne.
Czy musiał się pan przygotować do czegoś specjalnie, gdy zaczynał pan pracę z paralimpijczykami?
To nie jest inny sport. Ale diabeł tkwi w szczegółach: jak pracowałem jeszcze z Igorem Sikorskim, który jeździł na monoski, to musiałem się przestawić. Na nartach fizyka jest ta sama, ale musiałem dobrze przemyśleć, jak wygląda skręt na monoski. Dużo obserwowałem innych zawodników i miałem okazję się też przejechać na monoski, żeby to poczuć.
Podobnie jak zawodnicy z niepełnosprawnością wzroku ścigają się i korzystają ze wsparcia przewodnika, to też trzeba odpowiednio to wykorzystać – zgrać ich ze sobą, popracować nad tym, jak to powinno wyglądać, i po pewnym czasie zaczyna tu grać już rolę doświadczenie zawodników. Baza narciarska zawsze pozostaje jednak ta sama.
Przy okazji poprzednich igrzysk w Pekinie słyszeliśmy, że już niedługo do gry wejdą następcy naszych doświadczonych alpejczyków, Igora Sikorskiego i Andrzeja Szczęsnego. To się sprawdziło – dziś rodzeństwo Gołasiów jedzie na igrzyska. Gdzie dziś szukać szans rozwojowych polskiego narciarstwa alpejskiego w jego paralimpijskiej odmianie?
Odkąd jestem trenerem reprezentacji, to był to zawsze problem. Rodzeństwo Gołasiów znalazło się z nami wspólnie na treningach, a oprócz nich mamy jeszcze dwóch młodych zawodników z potencjałem, którzy już startowali w mistrzostwach Polski – Julek Czerwiński i Ambroży Mars. Jeden z nich ma 14 lat, drugi 12, także mają jeszcze sporo czasu żeby do tego poważnego seniorskiego narciarstwa dojść, ale dobrze się zapowiadają i przede wszystkim – chcą trenować i nie boją się jeździć szybko.
A jakie są szansę na rekrutację młodych talentów?
Młodzi muszą widzieć, że można zdobywać medale, że można spełniać marzenia i że można ścigać się z najlepszymi. Mamy do tego już jaką bazę, ale na pewno potrzebujemy więcej klubów, którzy mogą pozyskiwać do tego celu zawodników.
Kolejna sprawa – żeby mieli się gdzie i z kim ścigać. Czyli następny etap to wspólna organizacja zawodów, gdzie już zaczynamy współpracę z Czechami i Słowakami. Jeśli będzie więcej szans i zawodów, by pokazać atrakcyjność tego sportu, to zainteresowanie nowych potencjalnych zawodników wzrośnie.
Czy widoczność, jaką dają igrzyska, może w tym pomóc?
Zainteresowanie medialne na pewno pomaga – i to bardzo. To może być dobry punkt wyjścia, iskierka, by zobaczyć że jest taki sport. Często wciąż ludzie nie wiedzą, że można się ścigać w paranarciarstwie, nie znają dyscyplin paralimpijskich. Zdarzają się też takie sytuacje, że ktoś się już ściga w zawodach z pełnosprawnymi, a ma jakąś niepełnosprawność i trafia do nas dopiero potem dzięki temu, że w końcu się o takiej możliwości dowiedział.
Nad igrzyskami w Pekinie, oprócz obostrzeń związanych z pandemią, cieniem położyła się pełnoskalowa wojna w Ukrainie. Chcemy czy nie chcemy – polityka znów odgrywa ważną rolę. Czy decyzja Międzynarodowego Komitetu Paralimpijskiego, by mimo tego, że wojna trwa, dopuścić do startów Rosjan i Białorusinów pod ich flagą, jakoś wpływa na atmosferę i morale w grupie?
Do nas pierwsze informacje, że IPC przymierza się do dopuszczenia Rosji i Białorusi pod ich flagą, dotarły chyba w grudniu. Nie pochwalamy tej decyzji, jesteśmy na nią źli, ale też nie mamy na nią żadnego wpływu. Jednoznacznie popieram to, że nie będzie nas na ceremonii otwarcia – że zarówno zawodnicy, jak i działacze i przedstawiciele rządu nie będą reprezentować tam Polski, oraz że coraz więcej krajów również nie będzie tam reprezentowało swoich flag. Nie chcemy jednak ciągnąć w naszych wewnętrznych rozmowach tematu, żeby to nie zakłócało naszych przygotowań i nie odwracało skupienia od rywalizacji o paralimpijskie medale.
______
Fot. główne: Bartłomiej Zborowski/Polski Komitet Paralimpijski


