Dziewięć długich lat polskie kolarstwo szosowe czekało na złoty medal mistrzostw świata. Srebrno-brązową serię Biało-Czerwonych skutecznie wczoraj odczarowała Rita Malinkiewicz, która zatriumfowała w Huntsville w wyścigu ze startu wspólnego. Tym samym 31-latka napisała jeden z najpiękniejszych rozdziałów w swoim sportowym życiu.
– Ten złoty medal to dla mnie na pewno spełnienie marzeń, bo cały czas jestem świadoma tego, co sześć lat temu wydarzyło się w moim życiu. Jak lekarze dowiedzą się, co zrobiłam, to nie uwierzą, bo wiedzą, w jakim byłam stanie, że może przeżyję, a może nie. A teraz jestem dziewczyną, która walczy o najwyższe tytuły na świecie. Mój plan to utrzymać koszulkę mistrzyni świata przez kilka lat, a kluczowe są dla mnie igrzyska w 2028 roku – powiedziała świeżo upieczona mistrzyni w rozmowie dla Polskiego Komitetu Paralimpijskiego.
Rita Malinkiewicz była wielokrotną reprezentantką i mistrzynią Polski w kolarstwie górskim. Jej obiecującą karierę przerwał koszmarny wypadek, do którego doszło 1 czerwca 2020 roku podczas jednego z treningów. W wyniku czołowego zderzenia z samochodem doznała licznych złamań i obrażeń wewnętrznych. Lekarze dawali jej zaledwie jeden procent szans na przeżycie. Przez wiele tygodni leżała w śpiączce, cudem unikając śmierci. Po wybudzeniu ze śpiączki Rita rozpoczęła intensywną rehabilitację, na nowo ucząc się podstawowych umiejętności.
Dwa lata temu oficjalnie powróciła do ukochanego kolarstwa – tym razem w wydaniu paralimpijskim. Początki, jak to bywa zazwyczaj w sporcie, nie należały do najłatwiejszych. Stosunkowo szybko pojawiły się jednak pierwsze międzynarodowe sukcesy, które zmobilizowały ją do podjęcia jeszcze większego wysiłku. Rok temu w belgijskim Ronse w debiucie na mistrzostwach świata sensacyjnie sięgnęła po srebrny krążek. W Huntsville zawiesiła sobie poprzeczkę zdecydowanie wyżej, zostawiając w tyle wszystkie najgroźniejsze konkurentki.
Już dwa dni wcześniej, podczas piątkowej jazdy na czas, 31-letnia Malinkiewicz miała ogromny apetyt na medal. W grupie pań startującej na tricyklu (kat. T2) otarła się o podium, zajmując podobnie jak przed rokiem nielubiane przez sportowców czwarte miejsce. Niedosyt w czasówce z nawiązką miała sobie odbić w niedzielnym wyścigu ze startu wspólnego, do którego przygotowała się perfekcyjnie pod względem fizycznym i taktycznym.
Zgodnie z ustaleniami z trenerem Jakubem Pieniążkiem przez większość liczącego 27,6 km dystansu miała jechać spokojnie i pilnować broniącej tytułu Szwajcarki Celine van Till oraz aktualnej mistrzyni paralimpijskiej Dunki Emmy Lund, które w każdym momencie mogły oderwać się od grupy. Decydujący atak Polka przypuściła na kilometr przed metą. Właśnie wtedy przyspieszyła na lekkim podjeździe i odskoczyła rywalkom. Samotnie minęła linię mety z czasem 52:05 i po raz pierwszy w karierze została mistrzynią świata. Tuż za nią na finisz wpadły kolejno Chinka Wu Wenxi oraz Szwajcarka van Till.
Na wysokiej piątej lokacie w rywalizacji w wyścigu ze startu wspólnego (69 km) w gronie zawodników startujących na handbike’ach (kat. H4) uplasował się Rafał Wilk. Najbardziej utytułowany reprezentant w historii polskiego kolarstwa szosowego do samego końca pozostawał w grze o podium. O ostatecznym rozkładzie lokat na mecie zadecydował sprinterski finisz, na który najwięcej sił zachował Brytyjczyk Callum Russell. To właśnie do niego powędrowała tęczowa koszulka mistrza świata, którą przypieczętował rezultatem 1:39:32. Za jego plecami z identycznym czasem znaleźli się Szwajcar Fabian Recher oraz Francuz Joseph Fritsch. 51-letniego Wilka natomiast dzieliły od medalistów zaledwie trzy sekundy.
_____
Fot. Paracycling Team Poland


