Są w sporcie takie momenty, gdy wynik staje się sprawą drugorzędną. Gdy statystyki, rankingi i medale przestają być najważniejsze, a zwycięstwo nabiera zupełnie innego znaczenia. Dokładnie tak było w Melbourne, gdy Niels Vink – lider światowego rankingu tenisa na wózkach – uklęknął na korcie po finale Australian Open i wyciągnął zdjęcie z pierwszym ojcem swojego sukcesu.
Niels Vink urodził się 6 grudnia 2002 roku w holenderskim Helmond. Gdy miał zaledwie rok, zachorował na sepsę meningokokową. Lekarzom udało się uratować jego życie, jednak w wyniku poważnych powikłań zmuszeni byli amputować mu obie nogi oraz część palców u rąk.
Sport pojawił się w życiu Nielsa bardzo wcześnie. Jako dziecko próbował różnych dyscyplin, aż w końcu w wieku dziewięciu lat trafił na kort tenisowy. Tam spotkał człowieka, który miał odegrać kluczową rolę w jego dalszym rozwoju – trenera Hansa-Jurgena Strieka. Relacja, która ich połączyła, daleko wykraczała poza klasyczne schematy zawodnik–trener. Przez siedem lat budowali wspólnie coś więcej niż tylko sportową karierę. Budowali solidny fundament pod jego absolutną wielkość.
W pogoni za Wielkim Szlemem
Kategoria quad w tenisie na wózkach to najbardziej wymagający poziom rywalizacji przeznaczony dla zawodników z niepełnosprawnością co najmniej trzech kończyn. Z biegiem czasu Niels Vink okazał się dominującą postacią w te grupie. Jego styl gry – agresywny, precyzyjny i dojrzały – uczynił go postrachem rywali, szybko przynosząc wielkie sukcesy.
Vink wygrywał indywidualne turnieje Wielkiego Szlema na kortach w Paryżu, Londynie i Nowym Jorku. Stał się kolekcjonerem tytułów, zawodnikiem, który niemal seryjnie sięgał po najcenniejsze trofea. Do sportowego spełnienia brakowało mu już tylko jednego elementu – zwycięstwa w Australian Open. W turnieju, który przez lata pozostawał ostatnim, niezdobytym bastionem, choć trzy lata wcześniej Holender zgarnął już Wielkiego Szlema w rozgrywkach deblowych.
Spełnione marzenie w Melbourne
Niels Vink na kortach Melbourne Park zagrał jak z nut. Przez turniej singlowy przemknął bez straty seta, a w finale Australian Open pokonał swojego największego rywala i rodaka Sama Schrodera, biorąc skuteczny odwet za ubiegłoroczną porażkę. Tym zwycięstwem skompletował indywidualnego Wielkiego Szlema, dołączając oficjalnie do elitarnego grona zawodników, którzy mogą poszczycić się takim wyczynem.
Jednak to, co wydarzyło się po ostatniej piłce, poruszyło nawet najtwardsze serca. Niels Vink wyciągnął zdjęcie Hansa-Jurgena Strieka. Trenera, przyjaciela, mentora. Człowieka, który zmarł we wrześniu ubiegłego roku, nie doczekawszy ze swoim podopiecznym tak niezwykłego momentu. – Zaczęliśmy tę podróż razem i chcieliśmy ją dokończyć wspólnie. Dziś nie ma go tu fizycznie, ale wciąż jest ze mną. To zwycięstwo jest dla niego – powiedział ze łzami w oczach.
Mistrz w wielkim znaczeniu tego słowa
Dziś Niels Vink ma zaledwie 23 lata, a jego kolekcja trofeów dosłownie pęka w szwach. Holenderski sportowiec w swoim dorobku posiada osiem singlowych oraz trzynaście deblowych triumfów w turniejach wielkoszlemowych. Jest jednym z najbardziej utytułowanych tenisistów paralimpijskich swojego pokolenia. Z igrzysk w Tokio wrócił ze złotym medalem w deblu i brązem w singlu, a trzy lata później w Paryżu dołożył dwa złote krążki.
Ale to nie liczby i statystyki definiują jego wielkość. Definiuje ją sposób, w jaki wygrywa. Pokora i pamięć o ludziach, którzy byli z nim na początku drogi, a przede wszystkim świadomość, że każdy sukces jest sumą wielu historii – także tych, których nie widać na tablicy wyników.


