Fot. Yuka Fujita

Kinga Dróżdż tworzy historię kobiecej szabli. „W czołówce zrobiło się ciasno, o medalach w Tokio zadecydują detale”

Miała dziewięć lat, gdy przyszła na swój pierwszy trening szermierki. I choć początki były obiecujące, to z przyczyn zdrowotnych jej sportowa kariera stanęła pod znakiem zapytania. Dwa lata temu spróbowała szermierki na wózkach. Ta decyzja okazała się strzałem w dziesiątkę. Pomimo stosunkowo krótkiego stażu w paraolimpijskiej wersji tej dyscypliny Kinga Dróżdż (IKS AWF Warszawa) nieźle zdołała już namieszać w czołówce kobiecej szabli, w której od lat prym wiodą Chinki, Ukrainki oraz Węgierki. Tempo, z jakim zaczęła wspinać się po szczeblach drabiny do sukcesu, w pewnym momencie zaskoczyło ją samą. Dziś ma na koncie srebro mistrzostw świata oraz trzy triumfy w zawodach Pucharu Świata i – jak zapowiada – zdecydowanie nie zamierza na tym poprzestać.

Paulina Królak: „To fantastyczne uczucie, że tak piękny i zarazem zapomniany sport jak szermierka rozgrzewa jeszcze czyjeś serca” –  to słowa, jakie padły z Twoich ust podczas gali 1. Plebiscytu Polskiego Komitetu Paraolimpijskiego. Jak widać, szermierka potrafiła rozgrzać niejedno serce, a zdobyte przez Ciebie trzecie miejsce w głosowaniu internautów jest najlepszym tego dowodem. Spodziewałaś się takiego wyróżnienia?

Kinga Dróżdż: Już sama nominacja do plebiscytu stanowiła dla mnie ogromne osiągnięcie. Sukces ten byłby niemożliwy bez wsparcia działu marketingu PLL LOT, w których na co dzień pracuję. Gdy tylko otrzymali wiadomość o nominacji, w sposób profesjonalny zadbali o promocję mojej osoby w sieci. Marzyłam, aby znaleźć się w pierwszej dziesiątce i odebrać statuetkę. Kiedy Polski Komitet Paraolimpijski publikował szczątkowe wyniki i widziałam, że pierwsza trójka pozostaje niezmienna, do końca łudziłam się, że może jednak zdołam przebić się do czołówki. Wiedziałam, że konkurencja jest bardzo mocna. Wśród 20. nominowanych znaleźli się najlepsi w naszym kraju sportowcy, medaliści ubiegłorocznych mistrzostw świata i Europy. Dlatego, kiedy podczas gali wyczytane zostało moje nazwisko jako laureatki trzeciego miejsca, nogi miałam jak z waty.

Muszę przyznać, że zupełnie nie było widać po Tobie tremy. Jaką wartość ma dla Ciebie ta nagroda?

Ta statuetka dała mi przede wszystkim do myślenia i zmobilizowała do dalszych treningów. Uświadomiłam sobie, jak wiele poświęciłam w minionym roku na szermierkę, która nie jest mi obca. Moja przygoda z tą dyscypliną rozpoczęła się w wieku 9 lat, a pierwsze kroki w jej chodzonym wydaniu stawiałam pod okiem pana Krzysztofa Wątora z klubu TMS Sosnowiec. Przede mną najważniejszy start w karierze – igrzyska paraolimpijskie, w których praktycznie zagwarantowany mam już udział. W okresie kwalifikacji każdy pracuje na najwyższych obrotach, a skoro otrzymałam szansę walki o Tokio, to uczynię co w mojej mocy, aby wykorzystać ją możliwie jak najlepiej.

Na międzynarodowej arenie oficjalnie zadebiutowałaś w lipcu 2018 roku podczas XVIII edycji Szabli Kilińskiego. Jak z perspektywy czasu wspominasz tamten start?

Był to wyjątkowo stresujący moment w mojej karierze, ponieważ treningi na wózku rozpoczęłam zaledwie pięć miesięcy wcześniej. Początki nie należały do najłatwiejszych. Przez moją głowę przewijały się miliony myśli w stylu: „Szermierka na wózkach? To zdecydowanie nie dla mnie”. Nie wiedziałam, czego się spodziewać i jak spory dystans dzieli mnie od światowej czołówki. Już w fazie grupowej turnieju szablowego rywalki zafundowały mi zimny prysznic, który postawił mnie na nogi. Kiedy jedną z grupowych walk przegrałam 0:5 z Ukrainką Natalią Morkwicz (wtedy nie wiedziałam jeszcze, że mam do czynienia z mistrzynią świata), to stwierdziłam nawet, są to moje pierwsze i zarazem ostatnie zawody (śmiech). Tak szczęśliwe złożyło się, że tamtego dnia wyszłam z grupy, wygrałam swoją pierwszą pucharową walkę do 14, kolejną przegrałam do 8 i ostatecznie zajęłam 15. miejsce. W rozgrywanych dwa miesiące później we włoskim Terni mistrzostwach Europy uplasowałam się już na szóstej pozycji, co z jednej strony było dla mnie zaskoczeniem, a z drugiej utwierdziło w przekonaniu, że podjęta decyzja o przesiadce na wózek jak najbardziej była właściwa.

Skupienie i pełna koncentracja to stan idealny przed każdym pojedynkiem. Fot. Augusto Bizzi

W szermierczym środowisku nie jesteś postacią anonimową, gdyż – jak wspomniałaś wcześniej – posiadasz wieloletnie doświadczenie w szermierce na nogach. Co możesz powiedzieć o jej paraolimpijskim odpowiedniku, mając za sobą dwa lata intensywnych treningów na wózku?

Szermierka na wózkach jest o wiele trudniejsza niż szermierka chodzona, choć komuś stojącemu z boku może wydawać się, że jest odwrotnie. Dyscyplina ta nie wybacza błędów, wszystkie ruchy należy wykonywać bardzo szybko i niezwykle precyzyjnie. Trenując na nogach, zawsze mogłam wycofać się, aby na spokojnie przygotować swoje natarcie. Tu zdecydowanie nie ma na to czasu ani tym bardziej miejsca. Akcja musi być z góry zaplanowana, a każdy ruch dopracowany w najdrobniejszych szczegółach. Dla mnie ta przesiadka na wózek z różnych względów, głównie mentalnych, była bardzo ciężka. Sporo czasu zajęło mi oswojenie się z nową sytuacją i choć po dwóch latach systematycznych treningów wygląda to coraz lepiej, to trener z pewnością powiedziałby, że wciąż jeszcze daleko mi do ideału.

Czy doświadczenia z chodzonej szermierki okazały się Twoim sprzymierzeńcem w momencie przejścia do kadry paraolimpijskiej?

Z pewnością mi to nie zaszkodziło, a wręcz pomogło. Techniczne kwestie miałam już opanowane, więc zadziałało to wyłącznie na plus i dzięki temu w miarę płynnie zdołałam wskoczyć w nowy rytm. Myślę, że niejedna osoba rozpoczynająca od podstaw swoją przygodę z szermierką mogłaby poczuć się zniechęcona do tego sportu, mając do przyswojenia tyle elementów naraz.

W marcu 2019 roku wygrałaś w Pizie swoje pierwsze w karierze zawody Pucharu Świata. Jeżeli tak wyglądają Twoje początki w tej dyscyplinie, to aż boję się pomyśleć, co będzie dalej.

Dla mnie samej triumf w szabli był sporą niespodzianką. Kiedy zobaczyłam swoje rozstawienie po grupach, to byłam bliska załamania, ponieważ już pierwszą pucharową walkę o wejście do szesnastki stoczyłam z Włoszką Loredaną Trigilią, której specyficzny styl walki nie odpowiada większości moich koleżanek. O ósemkę miałam przyjemność zawalczyć z mistrzynią świata i numerem jeden w globalnym rankingu Natalią Morkwicz, z którą wygrałam 15:12. Był to najszczęśliwszy dzień w moim życiu. Z radości podskakiwałam na wózku, gdyż miesiąc wcześniej w Szardży w pojedynku, którego stawką był półfinał, uległam jej 11:15. W turnieju głównym rozstawiona byłam w Pizie z numerem czternastym, co zwiastowało ciężką przeprawę z wyżej notowanymi ode mnie konkurentkami. I tak też się stało, bo w drodze po złoto musiałam zmierzyć się z zawodniczkami z TOP5 na światowych listach, a więc kolejno z Gruzinką Nino Tibiaszwili, Ukrainką Jewgieniją Breus oraz Węgierką Evą Andreą Hajmasi.

Piza 2019. Tu Kinga Dróżdż wygrała swój pierwszy Puchar Świata. Fot. Yuka Fujita

Emocje, jakie towarzyszyły Tobie, gdy usłyszałaś pierwsze dźwięki Mazurka Dąbrowskiego, z pewnością trudno ubrać w słowa.

To prawda. Na usta cisnął się uśmiech, który nie schodził z mojej twarzy przez tydzień, a serce biło jak oszalałe. Niewiele osób stawiało wtedy na moje zwycięstwo, bo był to właściwie mój początek z szermierką na wózkach. Tamten piątek był dla nas podwójnie złoty, ponieważ tego samego dnia Kamil Rząsa wygrał zmagania szpady. Dzień później natomiast po złoto w szabli sięgnął Grzegorz Pluta, więc można powiedzieć, na Pucharze Świata w Pizie Mazurek Dąbrowskiego był jednym z najczęściej odgrywanych hymnów.

Pół roku później w Cheongju w Korei Południowej wywalczyłaś pierwszy w karierze medal mistrzostw  świata. Niejeden może pozazdrościć Tobie rozmachu, z jakim przebiłaś się do światowej czołówki. Pozostał niedosyt, że nie było to jednak złoto?

Medal mistrzostw świata stanowi pozytywne odzwierciedlenie pracy, jaką dotychczas wykonałam. Nie byłabym sobą, gdybym powiedziała, że w pełni satysfakcjonuje mnie ten wynik, bo złoto zawsze smakuje lepiej. Tamten turniej dał wyraźny sygnał moim rywalkom, że jak najbardziej znajduje się ono w moim zasięgu. Gdybym w debiucie na mistrzostwach pokonała wszystkie konkurentki, to być może spoczęłabym na laurach. Dobrze jest jak jest. To srebro motywuje mnie do podkręcenia tempa, aby w przyszłym roku wspiąć się na najwyższy stopień podium.

Mistrzostwa świata w Cheongju zaowocowały srebrnym krążkiem. Fot. Karol Bilecki

Ile czasu poświęcasz na treningi tygodniowo?

Staram się trenować codziennie, co nieraz bywa trudne do pogodzenia, ponieważ sport wyczynowy łączę z pracą na pełen etat. Pracuję w godzinach 7-19, więc na treningi, w trakcie których walczę z innymi zawodnikami bądź robię lekcje z trenerem, wpadam zazwyczaj w godzinach wieczornych. Jeżeli nie mam możliwości, aby fizycznie pojawić się na treningu, na własną rękę staram się wykonywać ćwiczenia spoza szermierczej puli. W przypadku dni wolnych od pracy trenuję dwa razy dziennie.

W jakich okolicznościach w Twoim życiu pojawiła się szermierka?

W podstawówce, do której uczęszczałam, nauczycielem wf-u był wspomniany przeze mnie pan Krzysztof Wątor, który zbierał grupę dziewcząt na prowadzone przez siebie zajęcia z szermierki. Moje koleżanki na początku były zafascynowane nową dyscypliną i po godzinach lekcyjnych bardzo chętnie pojawiały się na treningach. Ja z kolei dość sceptycznie podchodziłam do tego sportu, do dziś nie potrafię wytłumaczyć, dlaczego. Po kilku miesiącach, gdy z naszej sekcji wykruszały się kolejne osoby, nagle poczułam wielki głód do szermierki. Moja przygoda w klubie z panem Wątorem trwała ponad 10 lat i – co w tym sporcie stanowi rzadkość – był to jedyny trener, z którym w tym czasie współpracowałam w klubie.

Co przede wszystkim fascynuje Cię w tym sporcie?

Szermierka jest uznawana za elitarny sport. Jest elegancka, wyrafinowana, po prostu piękna! Myślę, że właśnie za to można ją pokochać. Szermierka daje również możliwość ujrzenia spod maski dwóch różnych twarzy tego sportu. Poza planszą przyjaźnimy się z dziewczynami, wychodzimy razem na kawę czy do kina, a gdy siadamy do pojedynku jeden na jeden, to koleżeńskie relacje schodzą na dalszy plan i każda z nas walczy o swoje.

Finał szabli podczas tegorocznego Pucharu Świata w Egerze, który przyniósł Polce trzecie w karierze zwycięstwo. Fot. Augusto Bizzi

Szermierka to sport walki, w którym siniaki i otarcia stanowią chleb powszedni. Po pierwszym weekendzie treningów z Wami przez dwa tygodnie chwytałam się wszelkich sposobów, by pozbyć się ich z prawego przedramienia. Masz jakieś sprawdzone sposoby, aby się przed nimi uchronić?

Najlepszym sposobem jest skuteczna obrona 🙂 Kiedy zaczynałam trenować szpadę, to proste pchnięcia wykonywałam niepoprawnie (najpierw rzut tułowiem, a następnie wyprost ręki w łokciu – przyp. red.), przez co do domu nieraz wracałam z mocno poobijaną ręką. Praca nad poprawą techniki pozwoliła zminimalizować ten problem. Siniaki nawet najlepszym na co dzień spędzają sen z powiek. Można się do nich na szczęście przyzwyczaić, a nawet je polubić.

O czym myślisz, gdy siadasz do pojedynku z bronią w ręku?

Przede wszystkim w głowie układam sobie plan na przeciwniczkę i te założenia próbuję konsekwentnie realizować podczas walki. Jednocześnie staram się wyzwolić w sobie sportową złość i kontrolować oddech. Idealny stan przed rozpoczęciem pojedynku to skupienie i pełna koncentracja. Nad tymi elementami od dłuższego czasu intensywnie pracuję z psychologiem sportowym, a piorunujące efekty naszej współpracy można było dostrzec podczas Pucharu Świata w Pizie, który przyniósł mi złoto.

Kiedy byłam nastolatką i z zapartym tchem śledziłam poczynania szermierzy na olimpijskich planszach podczas igrzysk w Atenach, nie mogłam oderwać oczu od Valentiny Vezzali i Mariel Zagunis. Kto jest dla Ciebie takim idolem?

Mój klubowy szkoleniowiec Krzysztof Wątor niemal na każdym treningu jak mantrę przywoływał jedną postać – Olgę Kharlan. W pewnym momencie to nazwisko wychodziło mi już uszami, bo  wszystkie moje akcje porównywane były przez trenera do zagrań ukraińskiej mistrzyni. Po tylu latach treningów szermierczych z ręką na sercu mogę powiedzieć, że Olga Kharlan stanowi wzór do naśladowania. Jej szermierka prezentuje się zjawiskowo, jest po prostu przyjemna dla oka.

Życie na walizkach – ona kocha ten stan! Fot. prywatne archiwum Kingi Dróżdż

Czy masz rytuały służące rozładowaniu przedstartowego napięcia?

Przed walką słucham muzyki i zdecydowanie nie są to ciche, stonowane dźwięki. W moich słuchawkach goszczą wyjątkowo energiczne kawałki, które pozwalają mi pobudzić się oraz wyzwolić dodatkową energię. Można powiedzieć, że zastępują mi one kawę przed startem.

Który kawałek dodaje Ci zastrzyku energii przed wyzwaniami, którym musisz stawić czoła?

Ostatnio zakochana jestem w utworze „Górą Ty” w wykonaniu Golec uOrkiestra. To aktualnie numer jeden na mojej playliście.

Czy poza szermierką znajdujesz czas, aby śledzić poczynania polskich sportowców w innych dyscyplinach?

Uwielbiam oglądać piłkę siatkową, ale tę w męskim wydaniu 🙂 Aktualnie na topie są skoki narciarskie, które dostarczają polskim kibicom mnóstwo emocji. Można powiedzieć, że zamiłowanie do tej dyscypliny wyniosłam z rodzinnego domu, ponieważ mój tata był i jest zresztą do tej pory ich wielkim fanem. Marzę, aby poczuć na żywo magię zakopiańskiego Pucharu Świata, ale z powodu napiętego grafiku realizacja tych planów możliwa będzie dopiero po olimpijskim sezonie.

Niewiele osób wie, że od lipca ubiegłego roku jesteś magistrem… lotnictwa. Co przesądziło o wyborze takiego właśnie kierunku studiów?

Po maturze w 2013 roku poszłam na studia z zakresu zarządzania, jednak dość szybko dotarło do mnie, że nie jest to dziedzina, w której chciałabym się spełniać. W oczekiwaniu na nowy nabór rozpoczęłam pracę przy obsłudze pasażerskiej na lotnisku w Pyrzowicach. W takich okolicznościach rodziła się moja fascynacja lotnictwem, które z biegiem czasu stało się pasją oraz sposobem na życie. W międzyczasie zapisałam się do warszawskiej Akademii Sztuki Wojennej, która posiadała w swojej ofercie studia o takim profilu. Pogodzenie  pracy z weekendowymi zjazdami stanowiło nie lada wyzwanie logistyczne, dlatego po dwóch latach życia na walizkach na stałe przeniosłam się do stolicy. Aktualnie pracuję w centrum operacyjnym PLL LOT, w którym do moich obowiązków należy planowanie rządowych rejsów.

Za co przede wszystkim uwielbiasz swoją pracę?

Przede wszystkim jest dynamiczna i różnorodna, a taki tryb doskonale wpisuje się w mój charakter. Dodatkowy plus stanowi to, że dzięki przywilejom pracowniczym mam możliwość podróżowania po całym świecie. Poznawanie nowych kultur i smaków to poza szermierką moja druga wielka pasja. Jestem prawdziwą szczęściarą, bo praca umożliwia mi łączenie wszystkich elementów, które kocham i które czynią moje życie kompletnym.

Trzy wielkie pasje Kingi Dróżdż: szermierka, lotnictwo i podróże. Fot. Karol Malec

Które z odwiedzonych dotychczas miejsc urzekło Cię najbardziej?

Zdecydowanie jest nim Singapur, który z jednej strony jest bardzo nowoczesnym krajem, a z drugiej strony jego wizytówkę stanowi pięknie rozwinięta fauna i flora. Jestem zakochana w krajach azjatyckich i jeżeli tylko czas pozwoli, to w najbliższej przyszłości odwiedzę Wietnam, Sri Lankę oraz Malezję. Po igrzyskach paraolimpijskich w Tokio z kolei swój urlop zaplanowałam na Hawajach. To moje niespełnione marzenie z dzieciństwa i numer jeden na liście miejsc, które chciałabym zobaczyć.

Do igrzysk w Tokio pozostało zaledwie pół roku. Ostatnie pucharowe triumfy w szabli dają wyraźny sygnał światu, że należy liczyć się z Tobą przy podziale medali. Opowiedz o swoich najgroźniejszych konkurentkach do podium.

Numer jeden to zdecydowanie Chinki, które są nieprzewidywalne i zawsze groźne. Świetnie na planszy prezentują się również Węgierki i Ukrainki, z którymi na ostatnich mistrzostwach świata przegrałyśmy w drużynie mecz o brąz. W czołówce zrobiło się ciasno, o medalach w Tokio zadecydują detale. Dlatego najbliższe miesiące zamierzam solidnie przepracować, żeby po igrzyskach nie mieć sobie nic do zarzucenia.

W polskiej szermierce, zarówno olimpijskiej jak i paraolimpijskiej, nie doczekaliśmy się dotąd medalu w kobiecej szabli. Przed Tobą niepowtarzalna szansa, aby przejść do historii.

Nie chciałabym w żaden sposób zapeszać, bo myślę, że jest jeszcze dużo, dużo za wcześnie na tego typu rozważania. Najważniejsze, aby dopisywało zdrowie. Szpadzistka Ewa Trzebińska po jednym z wygranych Pucharów Świata w drużynie powiedziała: „Proszę życzyć nam zdrowia, resztę dopracujemy”. Także nie pozostaje nic innego, jak życzyć mi tego samego.

error: Nasze materiały chronione są prawem autorskim! Kopiowanie ich i rozpowszechnianie bez zgody autora zabronione! - paraSPORTOWCY.PL